Wakacje z duchami (4)

Stwory nadwiślańskich brzegów

Wakacje dobiegają końca, a wraz z nimi cykl o duchach. Kto chce może ich poszukać na własną rękę, na cmentarzu w Słomczynie, który przyciąga wielu poszukiwaczy dziwnych zjawisk, a jego niesamowity nastrój i panująca tam cisza pośród cieni rzucanych przez wszechobecne drzewa, wywierają niezapomniane wrażenie. Zdarzało się, że natchnienia szukali tam literaci, wędrujący nocą polną drogę przez Parcelę, a Miron Białoszewski odwiedzał kaplicę Potulickich o północy czekając na przybycie ducha.

Prócz zjaw okolice te zamieszkiwały jednak liczne stwory. Slawista Jerzy Śliziński odnotował opowieści z południowych okolic Wilanowa, dotyczące pałacowych skarbów. Pałacu strzegło nie tylko widmo Augusta Potockiego, pojawiające się w okolicach adwentu, mawiano również, iż jeśli zostanie zniszczony w jakiejś katastrofie, ujawnią się zamurowane tam przez Jana III Sobieskiego skarby, dzięki którym możliwa będzie jego odbudowa. Mogli je ujrzeć jedynie wybrani, którym ukazywały się w Palmową Niedzielę, podczas czytania ewangelii, po czym rozwiewały się na wietrze. W XIX wieku widziano je wewnątrz fundamentów, lecz gdy nauki w kościele dobiegły końca, „mury zamknęły się”. Lecz miejsca niektórych zakopanych skarbów na Urzeczu wyznaczały ogniki. Złoto, srebro i miedź raz na siedem lat musiało się oczyścić, ziemia trzęsła się, a one wynurzały się na powierzchnię, wówczas czerwone ogniki wyznaczały miejsca ukrycia złota i miedzi, zaś blade wskazywały gdzie znajdowało się srebro. Jeden z łurzycoków ujrzał ogniki nad Wisłą, lecz zgasły nim zdążył do nich dobiec, na miejscu odnalazł 10 groszy, po latach opowiadając o tym żałował, iż nie rzucił w ogień czapki, co mogło dać mu majątek.

Lecz historie te bledną wobec opowieści o upiorze, który przybył kiedyś drogą od pałacowej bramy, karocą zaprzężoną w cztery konie, wydającą dźwięk podobny do szumu wiatru. Było to wkrótce po śmierci Augusta Potockiego, poddani dóbr wilanowskich wiedzieli, iż po jego duszę zgłosił się diabeł, bowiem pan na Wilanowie był masonem. Kareta znikła, choć nie wyjechała żadną znaną drogą.

Na Urzeczu w licznych starorzeczach oraz w Wiśle żyły utopce. Nie były to jednak zwykłe ofiary utonięć: „Starzy ludzie powiadają, że ten, który utonie, czy będzie rok, czy będzie nadal wyżej, to będzie pokutnik i czeka na drugą istotę, by go wybawił stamtąd. Ten go wybawi, któren tam w ten samem miejscu utonie i znowuż czeka na trzeciego. To jeden drugiego wybawi. Ale ten trzeci znowuż musi pokutować”. Wiele takich stworów widywano na lewym brzegu, kiedyś sztukator z Wilanowa ujrzał topielicę przy altanie chińskiej, która ukazała się o godzinie dziewiątej, o tej samej potrze, kiedy utonęła rok wcześniej. Więcej w to miejsce nie chadzał na ryby.

W okolicznych wsiach mieszkały czarownice, sam pamiętam ostatnią z nich w Opaczy. Jedna z mieszkanek Zawad poróżniła się ze swoją sąsiadką wiedźmą, po czym jej krowa zaczęła dawać mleko wymieszane z krwią. Dopiero, gdy pomodliła się u stóp Matki Boskiej i pogodziła z czarownicą, przypadłość minęła jak ręką odjął.

Wreszcie w czasach, gdy tutejsze pola uprawiano i zasiewano, pracujących na roli odwiedzały południce. Dawno temu w Opaczy wysłano mnie na pole, gdzie mój dziadek kosił zboże, bym zaniósł mu wodę, był bowiem gorący i bezchmurny, letni dzień. Dziadek spał na miedzy, a gdy wstał i podniósł kosę, powiedział, że ujrzał podążającą na wietrze młodą kobietę, wśród łanów i to było ostatnie, co zapamiętał.

Już wkrótce blog powróci do zwykłych historycznych opowieści, lecz pamiętajmy, że południce, topielce, błędne ognie i strzygi z dębowych dziupli nie odeszły stąd na dobre. Wciąż tu są, a śladem dawnych zjaw są liczne kapliczki, jak choćby ta na granicy Bielawy i Powsina, pobudowana z oborskiej cegły, w miejscu, gdzie znaleziono na torfowisku ciało i szybko zaczęło straszyć. Niektóre duchy nadal nas nie opuściły.