Olędrzy to nie niemieccy osadnicy

Jak niektórzy wiedzą jestem jednym z członków komisji, pracujących nad koncepcją utworzenia parku kulturowego Nadwiślańskiego Urzecza w Kępie Okrzewskiej. Powyższe upoważnia mnie do zabrania głosu w sprawie pewnego listu. Ciągu dalszego na łamach bloga nie przewiduję, choć sądzę, że wystosujemy jeszcze wraz z drem Łukaszem Maurycym Stanaszkiem w nieco skróconej formie list do gazety, stanowiącej odpowiedź na podnoszone kwestie.

W numerze gazety „Nad Wisłą” ukazał się następujący list czytelnika:

Część osadników współpracowała z okupantem

Po przeczytaniu artykułu „Muzeum rusza z miejsca” p. Roberta Korczaka w gazecie „Nad Wisłą”, nr 30 z sierpnia 2015 r., nasuwa się mi kilka refleksji. Z artykułu (i podobnych o Urzeczu) wynika, że tereny te zamieszkiwali osadnicy z Pomorza, Niderlandów i Fryzji. Przywożąc swoją kulturę, pracowitość i obyczaje, wykorzystywali je w uprawie roli, flisactwie i budowie zagród na tym specyficznym, zalewowym obszarze, przyczyniając się do rozwoju tych terenów i nowej ojczyzny. Chcąc upamiętnić ich pobyt, na tym terenie włodarze naszej gminy chcą postawić skansen-muzeum. Nie ma natomiast ani jednego słowa, że byli wśród nich (może przede wszystkim) niemieccy osadnicy, któ- rzy nie byli zbyt lojalni wobec Polaków i Polski. Wielu z nich, jak np. w Kępie Latoszkowej (obecnie Warszawa-Wilanów), współpracowało z niemieckim okupantem (w czasie II wojny światowej), szpiegowali i donosili na Polaków. Przyczynili się np. do złapania i aresztowania 9 żołnierzy pułku AK „Garłuch”. Po przekazaniu ich gestapo zostali wywiezieni [akowcy – przyp. red.] do Oświęcimia (kwiecień 1943 r.). Również „Olędrzy” przyczynili się do zamordowania 4 żołnierzy pułku „Baszta”. (Istnieje tablica upamiętniająca to wydarzenie, postawiona jeszcze za czasów PRL-u). Po donosie na Polaków zamieszanych w akcję nielegalnego stemplowania koni (1940 r.) ci ostatni zostali wywiezieni do Oświę- cimia (nie wszyscy wrócili). Ci „pokojowo” nastawieni osadnicy uciekli przed nadejściem frontu w 1945 r. do Niemiec – jakby mieli coś na sumieniu. Powołany zespół mający doprowadzić do powstania skansenu ma też przeprowadzić miejscowe konsultacje społeczne, o których nikt z mieszkań- ców nie słyszał. Nie przeszkadza to w przekazaniu gruntów gminnych w Kępie Okrzewskiej pod teren Parku Łurzyckiego [czyli skansenu – przyp. red.]. […] Być może żyją jeszcze ludzie (poza historykami), którzy odpowiedzą na pytania: – czy osadnicy byli powoływani do wojska? – czy walczyli w czasie II wojny światowej i po której ze stron? – czy „pracowali” w gestapo? – w jakim języku przed wojną uczono w szkole w Kępie Okrzewskiej? – czy do tej szkoły chodziły również dzieci polskie? – jak zachowywali się osadnicy na innych terenach? Odpowiedzi na te i inne pytania by- łyby bardzo pomocne w przeprowadzeniu konsultacji społecznych na temat miejsca i celowości budowy Parku Łurzyckiego. A może lepiej zapomnieć, że w domach na palach wśród wierzb i plecionych płotów czyhali koloniści wrogo nastawieni do wszystkiego, co polskie? Z poważaniem mieszkaniec Urzecza (imię i nazwisko do wiadomości redakcji) – źródło http://www.nadwisla.pl/pliki/pdf/539.pdf

Bezpośrednie polemiki z osobami mającymi utarte poglądy, są z góry skazane na porażkę. Postaram się jednak sprostować szereg nieścisłości, w tym niezrozumienie idei parku łurzyckiego, lecz przede wszystkim całkowicie błędne zrozumienie tego, kim byli olędrzy.

Prawdzie nie odpowiada zupełnie, iż olędrzy, jak podnosi autor listu, byli przede wszystkim niemieckimi osadnikami, nielojalnymi wobec Polski. Przede wszystkim myleni są olęderscy osadnicy z kolonistami niemieckimi. Ci w gminie Konstancin-Jeziorna prócz pojedynczych przypadków w Cieciszewie czy Kierszku nigdy się nie pojawili, najbliższe kolonizowane grupowo na początku XIX wieku przez władze pruskie wsie to Józefosław czy Katy. Olędrzy byli zupełnie kim innym. Często utożsamia się olędrów (pisanych małą literą, bowiem nie są oni narodem) z Holendrami bądź Niemcami, kolonizującymi nieurodzajne obszary. Tymczasem już od XVI wieku przez kolonizację olęderską rozumiano typ osadnictwa, polegający na osiedlaniu się na zalewowych obszarach, czynieniu z nich użytków rolnych i zakładanych wsi. Początkowo byli to Holendrzy, lecz już od XVII wieku byli to Mazurzy, mieszkańcy  Pomorza, Fryzyjczycy i Polacy. Począwszy od roku 1773 zasiedlać poczęli tę strony, które zawdzięczają im choćby fakt, iż piaszczysta wysepka porośnięta faszyną została przyłączona do lądu i obecnie mieści wsie Kępa Oborska, Kępa Okrzewska i przysiółek Kępa Falenicka, gdzie po dziś dzień dzięki pracy olędrów znajdują się grunty rolne najwyższej klasy. Nadmienić należy przede wszystkim, iż jak wynika z ówczesnych matryk znaczna część osadników olęderskich nosiła nazwiska takie jak Gurski, Kowalski czy Jeziorski. Jak notowali proboszczowie byli oni katolikami. Od nich okoliczna ludność przejęła zwyczaj umacniania wałów faszyną, uprawę odmian jabłoni, czy budowania domów na wzniesieniach. Osadnicy wchodzili w związki małżeńskie z miejcową ludnością, po dziś dzień na terenach nadwiślańskich odnajdziemy sporo osób, które jak wskazują badania genealogiczne i genetyczne, wywodzą się od olędrów. Właśnie do tej tradycji odwołuje się idea parku łurzyckiego, bo choć autor listu pisze, iż w domach wśród plecionych płotów i wierzb czyhali koloniści wrodzy wszystkiemu co polskie, należy pamiętać, że tak wyglądała większość domów na Urzeczu – w Gassach, Łęgu, Cieciszewie i innych nadwiślańskich miejscowościach, zamieszkiwanych przez osoby, które trudno podejrzewać o proniemieckie sympatie. Wśród nich byli także potomkowie olędrów.

Autor porusza w swym liście bolesną historię lat 1939 – 1945 i historii tej nikt negować nie zamierza, jednak choć posługuje się określeniem „olędrzy”, od roku 1867 ten typ kolonizacji został zniesiony prawnie. Utworzona wówczas gmina Jeziorna istniała nadal w roku 1939, kiedy zamieszkiwało ją 9603 osób, z czego 158 było wyznania ewangelickiego. Kiedy w roku 1921 po odzyskaniu państwowości przeprowadzono spis powszechny, w Kępie Oborskiej, Okrzewskiej i Falenckiej doliczono się 210 mieszkańców. Choć spośród nich 123 było ewangelikami, 200 zadeklarowało, iż są narodowości polskiej. Jedynie 10 przyznało się do narodowości niemieckiej. Lata jakie upłynęły od osiedlenia się na tych terenach sprawiły, że potomkowie olędrów czuli się Polakami i utożsamiali z odrodzoną Rzeczpospolitą. Po 1939 wielu z nich odnalazło niemieckie korzenie i jak pisze sam autor podpisało volkslistę, jednak jak wynika z zachowanych akt najwięcej osób przyznało się do niemieckich korzeni w miejscowości Jeziorna Królewska (ponad 40). W Kępie Oborskiej nie było żadnego volksdeutscha, w Kępie Okrzewskiej mniej niż 10. Nie ulega jednak wątpliwości, że potomkowie osadników z Kępy Zawadowskiej w pełni poczuli się Niemcami i wydali gestapo młodych partyzantów. W odwecie AK przeprowadziło w tej wsi swą największą akcję przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Powyższych wydarzeń nikt nie zamierza negować i zostaną one uwzględnione podczas projektowania Parku Łurzyckiego. Wydaje się, że jest to odpowiednie miejsce, aby przywołać ten epizod historii. Choć autor listu podaje przykłady zachowań, które doprowadziły do śmierci Polaków z rąk niemieckiego okupanta, szereg relacji żyjących dotąd mieszkańców gminy wspomina o przykładach pomocy i współpracy z mieszkańcami tutejszych wsi działających w konspiracji, przez zamieszkujące tu osoby o niemiecko brzmiących nazwiskach. Historia nie jest czarno-biała, na każdy przykład zachowania niegodnego wspominania przypada zawsze wydarzenie godne upamiętnienia. Odnosząc się zaś pokrótce do innych pytań podnoszonych przez autora listu, zauważyć należy, iż w szkole w Kępie Okrzewskiej uczono przed wojną po polsku, była to szkoła gminna i chodziły do niej polskie dzieci z okolicznych wsi. Do roku 1939 „osadnicy” jak nazywa ich autor powoływani byli do wojska podobnie jak wszyscy obywatele II RP.

Powyższe kwestie możemy rozpamiętywać, lecz fundamentalna kwestia doczekała się już wyjaśnienia. Ideą parku łurzyckiego nie jest chęć upamiętnienia niemieckich volksdeutschów, lecz zwyczajów i życia codziennego mikroregionu Nadwiślańskiego Urzecza. Ma on swoje korzenie w historii tego regionu, gdzie olędrom zawdzięczamy dużą  część krajobrazu kulturowego i obyczajów, które przetrwały do dzisiaj. Negowanie powyższego faktu oznaczałoby choćby nie posługiwanie się wieloma słowami – takimi jak określenie „zmurszała” cegła.  Przede wszystkim należy jednak zauważyć, że w swym założeniu projekt ma być miejscem o charakterze etnograficznym, podobnie jak wiele istniejących w Polsce. Nikt obecnie nie podnosi, że skansen w Olsztynku przedstawia chaty mazurskie, choć znaczna część Mazurów mówiła po niemiecku, a podczas II Wojny walczyła z Wermachtem. Przeszłość etnograficzna winna być wolna od uprzedzeń narodowościowych, zwłaszcza, iż do końca XIX wieku pojęcie narodu nie było jeszcze znane.  Park ma być miejscem, przedstawiającym tożsamość kulturową Urzecza, której wszyscy jesteśmy spadkobiercami – podobnie jak naszej wspólnej historii.