Konstancin – lato 1925 r.

W jednym z czasopism okresu II Rzeczypospolitej znalazłem ciekawe spostrzeżenia anonimowego autora  dotyczące podwarszawskich miejscowości…
 

Z letnisk podwarszawskich

 
Każda stolica ma i musi mieć około siebie jakby wieniec podmiejskich letnisk. Życie miejskie, rujnujące nerwy współczesnego człowieka nie tylko pracą jego, ale i swoimi rozrywkami, wymaga tego rodzaju miejsc nie leczenia się w ścisłym znaczeniu słowa, ale odpoczynku i wytchnienia. Związani zawodowymi zajęciami mieszkańcy stolicy nie zawsze, nawet wtedy, gdy materialne przeszkody dla nich nie istnieją, mogą się zbytnio oddalać od swojej właściwej siedziby. Stąd wyjazd do odleglejszych uzdrowisk nie zawsze jest dla nich możliwy, na to zaś, by rodziny wysyłać dalej, samemu zaś pozostać w mieście i wskutek tego zerwać z najbliższymi kontakt na dłuższy czas, nie każdy się zgodzi. I Warszawa z dawna już otoczona jest takim wieńcem podmiejskich letnisk. Bardzo często pisała już o nich literatura, zwłaszcza satyryczna.
 
Przed dworcem kolejki podmiejskiej, nie tak „strasznie”
wyglądającej jak ją „unieśmiertelnił” Perzyński
 
Wybitny ironista współczesnej doby, p[an] Włodzimierz Perzyński[1], bardzo dowcipnie wyśmiewał w popularnych swoich szkicach humorystycznych wszystkie usterki i niedomagania tych letnisk, poczynając od nieznośnego ścisku w powolnie posuwających się naprzód kolejkach podmiejskich, aż do owych „sielanek”, kiedy to w nocy spać nie można, bo wszędzie ujadają psy, a letnicy z obawy przed złodziejami co chwila strzelają na postrach z rewolwerów, aby bandytom dać znać, że i pod Warszawą czuwa straż. Te satyryczne dowcipy przesłoniły niewątpliwie istniejącą piękność i rzetelną idylliczność tych letnisk podwarszawskich, które zwłaszcza w najnowszej dobie weszły na drogę istotnie europejskiego postępu. 
 
Gdy Tatuś pracuje w Warszawie jego spadkobierczyni
z rozkoszną laleczką używa świeżego powietrza
 
Taki Konstancin na przykład lub Milanówek, może być dzisiaj już nie tyle przedmiotem drwin, ile miejscem skojarzenia nowoczesnego komfortu z pięknem przyrody. I połączenie ze stolicą jest coraz dogodniejsze, zwłaszcza oczywiście dla tych, którzy rozporządzają własnym samochodem i warunki życia nie zmuszają już Warszawiaka do rezygnowania z tych wszystkich wygód, do których przywykł w stolicy. A ponadto ma on to, czego Warszawa mu nie da: swobodę w całym życiu i miłą orzeźwiającą naturę wokół siebie. Nic więc dziwnego, że popularność Konstancina i Milanówka rośnie z każdym sezonem.
 

 

Pensjonat „Leliwa”, mieszczący się
 w jednej z najpiękniejszych will

 

zdjęcia z Konstancina: Agencja fotograficzna ”Światowida”

tekst za: „Światowid” nr 33 (54) z 15 sierpnia 1925 r., s.12
[1]Włodzimierz Perzyński (urodził się 6 lipca 1877 r. w Opocznie, zmarł 21 października 1930 r. w Warszawie) dramatopisarz, poeta, powieściopisarz i nowelista. Tak o Konstancinie pisał w swojej książce “Do góry nogami”, w rozdziale “Willegiatura”:[…] Per­łą let­nisk pod­war­szaw­skich jest Kon­stan­cin. Wszy­scy zga­dza­ją się bez za­strze­żeń, że jest to miej­sco­wość, urzą­dzo­na naj­zu­peł­niej “po eu­ro­pej­sku”, mo­gą­ca śmia­ło kon­ku­ro­wać z za­gra­ni­cą. Nie­ste­ty, do­jazd do tej per­ły jest tak trud­ny, że lu­dzie za­sta­na­wia­ją się nie­raz nad tem, czy za­miast szu­kać za­gra­ni­cy u sie­bie, nie le­piej już je­chać tam, gdzie ona od­daw­na jest, na miej­scu? I jesz­cze jed­no dzi­wi wszyst­kich: gdzie w ta­kiej ma­łej lo­ko­mo­ty­wie mie­ści się tyle dymu? […]

 

Może ci się także spodobać...