Z archiwum Ringelbluma

Z Archiwum Ringelbluma. Relacje jeziorańskich żydów.

W związku z kolejną rocznicą powstania w getcie warszawskim zamieszczam dwa historyczne teksty dotyczące drogi, jaką przeszła znaczna część dawnych mieszkańców Jeziorny. Drogę z jednego getta w Jeziornie, do getta w Warszawie. Droga większości z nich skończyła się następnie w obozach zagłady.

Pierwsza relacja pochodzi od B. Janowskiego i dotyczy wysiedlenia getta w Jeziornie (wysiedlenie odbyło się 25 stycznia 1941 roku):

,,24 stycznia o godzinie 11-tej przyjechał samochodem z Warszawy zastępca Kreishauptmanna i w asyście żandarmów ponownie zaczął oglądać granice naszej dzielnicy. (…) Po godzinie kazał do siebie przywołać Radę, i na ulicy podał nam do wiadomości następujący rozkaz: na poniedziałek rano ma być przygotowana łaźnia do parowania wszystkich Żydów, a tegoż dnia zacznie się ewakuacja do Warszawy. W dalszym ciągu wyjaśnił, że pieniędzy każdy może zabrać ze sobą, ile posiada, maszyny i urządzenia rzemieślnicze mają być zebrane w jednym miejscu, skąd po kilku dniach będą przewiezione do Warszawy (..). Co do artykułów żywności, to tych zabierać nie powinno się, gdyż ”kartoffel und Brot haben wir Warschau fur Euch vorbereitet”. Następnie zadał nam pytanie odnośnie ilości starców, niemowląt i chorych, a otrzymawszy odpowiedź oświadczył, że może nam zezwolić na przejazd samochodami, a samochody te będą przez niego dostarczone, o ile do soboty do 9-tej rano będzie w posiadaniu 4500 zł. Na warunek ten przystaliśmy, choć zdawaliśmy sobie sprawę że majętniejsi Żydzi już zdążyli wyjechać,ale nie chcieliśmy skazywać naszej gromady do odbycia tej drogi pieszo. Uzyskawszy naszą zgodę, zezwolił ponadto na zabranie osobistych bagaży, ale nie więcej niż każdy unieść potrafi. (..)
[25 stycznia kilkanaście minut po 6 rano] zjechała kompania ‘trupich czaszek’ aby się naszą ewakuacją zająć. Po oględzinach łaźni, która stosownie do rozkazu była już opalona, i przeprowadzeniu szeregu ćwiczeń z członkami Rady i Służby Porządkowej, rozpierzchli się po mieście i po kilkunastu minutach wszyscy mieszkańcy byli już zapędzeni do parowania. W tym pośpiechu, pod gradem wyzwisk, krzyków i nierzadko uderzeń, o zabraniu wszystkich przyszykowanych tłomoków mowy być nie mogło.
Tymczasem przez całą noc piątkową radni chodzili po domach, aby zebrać potrzebną kwotę. Zbiórka szkła opornie, gdyż zamożniejszych już nie było, a u biedoty pomimo wysiłków, niewiele wycisnąć się dało. Gdy nadeszła godzina 9-ta, okazało się że do sumy 4500 brak jeszcze blisko 1000 złotych. Niemiec, który się zgłosił po odbiór pieniędzy, był tak wspaniałomyślny, że sprolongował termin do godziny 12-tej, ale kosztem podwyżki o dalsze 500 zł. (…) Sceny jakie się rozegrały przy dalszej zbiórce brakującej sumy, trudno opisać. Całe miasto było już zebrane na jednym miejscu, a gdy nawoływania radnych nie odniosły skutku, kobiety same wzięły się do dzieła. Nie oszczędzały własnych mężów ani dzieci, kto jeszcze miał parę złotych, zebrane na tułaczkę, musiał je wyciągnąć – i żądana suma się znalazła.
Podróż do Warszawy odbyła się w szybkim tempie. Niepokoiło nas jedynie to, że za nami jadą również nasi oprawcy. Zajechaliśmy na ul. Spokojną do Łaźni Miejskiej. Kazano nam wyładować bagaże, biegiem je zanieść na plac i na zakończenie jeszcze przerobić parę ćwiczeń (…)”

 

Plan getta w Jeziornie (www.sztetl.org.pl)

Druga relacja pochodzi od anonimowego przesiedleńca z Jeziorny:

,,Drzwi [kwarantanny na Lesznie 109] otwierają się i wszyscy zaczynamy się spieszyć, żeby jak najszybciej dotrzeć do jakiegoś legowiska. Nasza droga prowadzi przez niekończące się korytarze. (…) Znużeni całodzienną wędrówką, przeżyciami ostatnich godzin i dni, zrzucamy z siebie nasze paczki i jakoś się na nich lokujemy. (…) O spaniu lub nawet chwilowej drzemce nie można nawet marzyć. Naokoło gwar, głośne rozmowy (…). Rozlegają się wołania o wodę, herbatę, jakiś napój – ale nikt nie jest zaopatrzony. Kobiety mdleją, dzieci płaczą (…). Dowiaduję się, że (…) kwarantanna trwa od 14 do 21 dni (…). Co się tyczy paczek (naszych bagaży), pozostawionych w Zakładach Miejskich, to podobno kradną, a w najlepszym wypadku tak się z nimi obchodzą, że później rozpoznanie jest prawie niemożliwe. Tu, na miejscu już się zgłaszają osobnicy, którzy za cenę 100-200 złotych ofiarują nabycie paczek – niekoniecznie własnych (…). W tym czasie otrzymano wiadomość, że ma przybyć nowa partia wysiedleńców, kierownik zezwala więc na opuszczenie kwarantanny każdemu, kto ma do dyspozycji jakiekolwiek locum w Warszawie, ale bez (własnych) paczek. (…) Zbiórka na podwórku rozpoczęła się o godzinie 13:00. Mija jedna godzina, druga, brama pozostaje zamknięta, a kobiety i dzieci marzną. Wszyscy są głodni. Podobno był chleb na sprzedaż u służby po 6-8 złotych bochenek, ale trzeba się było wcześniej zapisać, o czym nie wiedzieliśmy. (…) Gdy po godzinie znajduję się wśród szczęśliwych, opuszczających pod eskortą Służby Porządkowej gościnne mury kwarantanny, spotykam kierownika. Proszę go o wydanie mi walizki, on jednak kategorycznie odmawia, gdyż nie wolno mu opuszczać stanowiska po drugiej stronie bramy dla celów prywatnych. Przyrzeka mi natomiast wydanie jej upoważnionemu przeze mnie funkcjonariuszowi. Nie myślę więc więcej o (…) paczkach uratowanych z Jeziorny. Zajmuje mnie w tej chwili jedno: czy uda mi się na noc gdzieś ulokować moją rodzinę, aby mogła się uspokoić i dojść do siebie po przejściach ostatnich dni  (…)”

 

Getto warszawskie wiosną 1941 roku – transport mężczyzn do obozu pracy. (Galerie Bilderwelt / Getty Images)

Źródło: ,,Archiwum Ringelbluma” (Żydowski Instytut Historyczny)