Kłopotów pod Jeziorną – 1906 r.

Rzecz ma miejsce w 1906 roku. Niedaleko od Jeziorny funkcjonował folwark popularnie zwany Kłopotowem. A w nim gospodarzyła rodzina Segno, wielce zasłużona dla tych okolic. Gospodarstwo radziło sobie bardzo dobrze, ale … oddajmy głos korespondentowi “Gazety Rolniczej”:

Nie wiem, czy kto z czytelników „Gazety Rolniczej” był kiedy w Kłopotowie[1] lub słyszał o tej miejscowości, ale ja, pomimo tej smutnie brzmiącej nazwy, nie mogę powstrzymać się od wyrażenia: „warto być w Kłopotowie!”

Niejeden z nas, pracowników na roli, zwiedzał znakomite urządzenia zagraniczne, był świadkiem przepysznych wyników melioracji łąkowych, torfowisk, bagnisk i nieużytków; nauka, jaką się stamtąd czerpało, była bezsprzecznie poważna i mogąca w zastosowaniu u nas przynieść znaczne korzyści, jednak niemal zawsze każde nasze rozmyślanie nad przeprowadzeniem u nas tego, co się widziało, kończyło się westchnieniem: „to nie dla mnie, nie mam na to środków.”

Czyż rzeczywiście każda melioracja rolna, zwłaszcza łąkowa, musi być z wielkim nakładem robiona; czyż dostępną jest ona tylko osobom bardzo bogatym, a choćby zamożnym? Zaprzeczeniem tego jest właśnie Kłopotów, do zwiedzenia którego każdego zachęcam, kto, będąc w Warszawie, może poświęcić kilka godzin na wycieczkę naukową.

Gdzież leży ten Kłopotów? Otóż bardzo niedaleko, gdyż w sąsiedztwie znanej papierni w Jeziornie, dokąd kilka czy kilkanaście par pociągów kolejki wilanowskiej ułatwiają dojazd i powrót po kilkogodzinnym pobycie na gruntach Kłopotowa, własności p[ana] Segno[2].

Wybaczy szanowny właściciel tego mająteczku, ale w imię dobra publicznego dopuszczę się pewnych niedyskrecji i opowiem tu dość szczegółowo o warunkach miejscowych gospodarczych.

Kłopotów powstał przed mniej więcej trzydziestu laty, gdy nieboszczyk ojciec obecnego właściciela, ówczesny dyrektor papierni w Jeziornie, nabył dwie włóki ziemi w celu utworzenia dla siebie kolonijki, jako miejsca wypoczynku na stare lata.

Nie będę opisywał, jak na owym pustkowiu powstał dworek drewniany, wygodny i obszerny, jak założono ogród spacerowy i owocowy, gdyż to czytelników mniej zainteresuje, jako rzecz zwyczajna i znana, przystąpię natomiast natychmiast do epoki, w której syn założyciela Kłopotowa, obecny jego właściciel, objął na stałe i zorganizował jego produkcję.

Pan Segno, zachęcony powodzeniem z obsiewów łąkowych i nawodnienia, pod swym kierunkiem przeprowadzonych w innym majątku, zauważył, że położenie w Kłopotowie szczególnie nadaje się do tego rodzaju melioracji. Grunt z natury żyzny, napływowy, położony na głębokiej warstwie piasku, mógł być, gdyby nie zbytnia wilgotność, w każdym razie użyty do celów zwykłej gospodarki rolnej. Jednak sąsiedztwo papierni „Jeziorna”, od której płynęła jedna odnoga rzeczki tegoż nazwiska, niosąca w sobie wszystkie nawozowe części wypłukane ze szmat, gałganów itp. materiału używanego do wyrobu papieru, nasunęło p[anu] Segno myśl, że użytkowanie niemal całej przestrzeni Kłopotowa pod uprawę łąkową, z użyciem na nawodnienie owej niezwykle bogatej w materie azotowe, potasowe i fosforowe wody z odnogi Jeziorki, może powiększyć, a nawet zdwoić dochody z gospodarstwa.

Położenie miejscowe nie pozwalało na spiętrzenie wody i na zalew łąk i pól naturalnym spadkiem wody; przeciwnie, okoliczności zmusiły p[an] Segno do pomyślenia nad tym: w jaki sposób to bogactwo płynące w wodzie i marniejące w połączeniu się z głównym nurtem Jeziorki, sztucznie przenieść na pola obsiane trawami. Widzimy, że zagadnienie było niełatwe, a takie, które by niejednego zniechęciło do wykonania melioracji. Pan Segno nie uląkł się trudu, a obliczywszy rzecz poważnie, nie wiódł się fałszywą oszczędnością, ale postanowił, bądź co bądź, wyłożyć pewną sumkę, która, jak zobaczymy, z lichwą mu się opłaciła.

Pierwsze kroki, jakie tu poczynił p[an] S[egno], nie uchroniły go od zwyczajnego w takim razie błędu, który zasadza się na poszukiwaniu „taniości urządzenia”, która w końcu okazuje się najdroższą, bo nic nie wartą.

Otóż przede wszystkim pola, prócz niewielkiej przestrzeni, pozostawionej na produkcję roślin potrzebnych do domowego użytku, zamieniono przy pomocy rutynowanego technika łąkowego na racjonalnie urządzone łąki rowkami rozprowadzającymi, a przygotowanymi do przyjęcia wody.

Teraz chodziło o to, aby tę wodę podnieść na wysokość 4—5 stóp, tj. z rzeki na poziom łąki. Pierwszem takim urządzeniem był wiatrak, poruszający pompę, który jednak okazał się tylko piękną zabawką, może wystarczającą do napełnienia koryta dla koni, ale nigdy do nawodnień, przy których potrzeba masy wody. Wiatrak poszedł w kąt, a na to miejsce, z porady sąsiadów, ustawiono jakieś zachwalone, domowej fabrykacji, koło wodne, mające obracać śrubę Archimedesa. Ale i przy użyciu tej śruby nie zawołał p[an] Segno, za przykładem wielkiego jej wynalazcy: „Eureka!”, ale wyrzucił znowu całe urządzenie i przystąpił do założenia stacji wodnej, o typie nowoczesnym, funkcjonującej już od lat dwóch.

Jak się ta stacja wodna obecnie przedstawia — opowiem.

Już idąc od dworu z gościnnym, a wielce uprzejmym gospodarzem, zauważyłem w oddali, w jednym rogu łąki, opartej o rzeczkę, niewielki budynek drewniany o kilku oknach, nad którego dachem gorączkowo wyrzucany biały dymek przez rurę kilkucalowej grubości świadczył o poważnej i intensywnej pracy, jaka się w tym niepozornym budyneczku odbywa. Zbliżywszy się na miejsce, przede wszystkim rzuciła mi się w oczy znacznej szerokości, bo około 40 centymetrów światła mająca rura, której koniec, zanurzony w wodzie, otoczony był rodzajem kosza drewnianego. Ale jaka to woda! niczym żur lub kawa w podmiejskiej jadłodajni!

Gospodarz otwiera drzwi do budynku. Wstępuję na podłogę cementową i oczom moim przedstawia się przede wszystkim przepysznie utrzymany, lśniący jak na wystawie, 10-konny motor naftowy (ropowy), obracający ze znaczną szybkością ogromną, gdyż, jak się rzekło, o 40-centymetrowej rurze, pompę centryfugalną. Sami dobrzy znajomi, gdyż motor to ów „Ursus” ze Specjalnej krajowej Fabryki Armatur[3], któryby się i z Sienkiewiczowskim Ursusem chlubnie mógł zmagać, a pompa, to wszakże nasz  „Józef Troetzer”[4], którego sikawki i pompy, pod Pruszkowem wyrabiane, tak ogólne zjednały sobie uznanie.

Pompa z olbrzymim impetem wyrzuca masy ciemnej, kawowego koloru wody do koryta, które wychodząc na zewnątrz budynku, wypełnia wodą zupełnie główny kanał rozprowadzający.

Niewielki warsztat reparacyjny i ławeczka dopełnia wewnętrznego urządzenia stacji wodnej.

Idźmy teraz na łąkę i obejrzyjmy rezultat. Doprawdy oko się raduje, gdy się przyjrzy bacznie gęstości, wysokości i gatunkom rosnących tu traw i roślin łąkowych. Wyrażam zdziwienie moje gospodarzowi, że widzę naokoło siebie w bujnym rozroście stojące wszystkie niemal gatunki traw i roślin łąkowych, jakie teoria uznała za najpożyteczniejsze i najlepsze na łąkach kulturalnych; na to odpowiada mi p[an] Segno, że nie wysiał ani jednego ziarnka innego, jak tylko z tych mieszanek łąkowych, jakie mu przysłała warszawska firma „Jedność”. Znowu mila niespodzianka, gdyż p[an] Segno mieszanek tych bezpośrednio u powyższej firmy nie nabywał.

Jednym słowem zauważyć można niezwykle celowe, praktyczne i skromne urządzenie, z wyraźną tendencją unikania wszystkiego, co by służyło tylko dla efektu, a już na oko przepyszne rezultaty irygacji i to przy użyciu całego urządzenia z fabryk lub handlów krajowych.

Na koniec zwróciłem się do gospodarza z prośbą o przedstawienie mi chociaż w kilku cyfrach kosztów urządzenia i wyników materialnych.

Tu pozwolę sobie być znowu nieco niedyskretnym i odsłonię przed czytelnikami „Gazety Rolniczej” nieco z finansów Kłopotowa, ale gotowość, z jaką mi gospodarz udzielił cyfrowych wiadomości, daje mi asumpt do podzielenia się nimi z szerszym ogółem.

Otóż całe urządzenie stacji wodnej, a zatem ustawienie motoru, pompy ze wszystkimi akcesoriami, postawieniem ponad tym lekkiego budyneczku, kosztowało około 4,000 rb. Dodając do tego koszt urządzenia łąki, a zatem grabarka i obsiew, jakieś 1,200 rb., wyniosą ogólne koszta urządzenia irygacji na niespełna dwóch włókach łąki około 5,200 rb. A zysk czysty? Odpowiedź: Kłopotów daje dziś bez kłopotu czystego dochodu 2,000 rb., a w krótkim czasie dojdzie do 3,000 rb., gdy woda nawozowa, wprowadzana na łąki dopiero od dwóch lat, z czasem coraz lepiej wynawozi powierzchnię. A jaki nawóz ta woda, wystarczająca na dziesięć takich urządzeń, z sobą niesie, dość spojrzeć na ową ciemną madę, jaką pozostawia rzeczka na brzegach po opadnięciu wody. Sądzę, że Nil lepszym mułkiem nie użyźnia Egiptu.

Spytajmy teraz: ile jest w naszym kraju mająteczków dwu lub trzywłókowych, które by się mogły wykazać tak pomyślnymi wynikami? Sądzę, że niewiele. Trzeba naturalnie wziąć tu i to pod uwagę, że bliskość Warszawy, a jeszcze bardziej miały kontrakt z fabryką „Jeziorna”, pozwala p[anu] Segno mieć stały i dobry zbyt całego siana, ale powiedzmy szczerze, że siano obecnie, przy istnieniu doskonałych pras siennych, jest takim samym produktem handlowym, mogącym zawsze i na odległych rynkach zbyt znaleźć, jakim są ziemniaki, otręby, makuchy itp.

W jednych miejscowościach zysk może być nieco mniejszy, niż w Kłopotowie, w innych może zupełnie ograniczony, jednak brak takich pomyślnych warunków, jak w opisywanym wypadku, nie może i nie powinien powstrzymywać rolników od zastanowienia się nad własnymi okolicznościami i od zbadania takiego urządzenia, dokonanego stosunkowo małym kosztem, a przy pomocy krajowych fabryki dostawców.

Obawiam się, że mój opis urządzeń Kłopotowa sprawi, że szanowny gospodarz po pewnym czasie nie znajdzie chwilki wolnej dla siebie, ale będzie zmuszony po raz setny, a może i tysiączny, oprowadzać i objaśniać wycieczkowiczów, dążących od strony stacji „Jeziorna” do łąk kłopotowskich, ale dobrze mu tak. Po co nie trzyma swoich ulepszeń i urządzeń praktycznych w tajemnicy, pod korcem, jak to inni praktyczni ludzie czynią, a tym bardziej zdradza się z nich publicyście-rolnikowi, który ze swego obowiązku wszystko przed kolegami po pługu wypaple.

Jerzy Ryx[5]

za: "Gazeta Rolnicza. Pismo tygodniowe" nr 24 z 16 czerwca 1906 r.

[1] Folwark Kłopotów (właściwie Nadbrzeże) na północny-wschód od Jeziorny. Tu od 1880 r., po zarządzaniu przez piętnaście lat Mirkowską Fabryką Papieru, mieszkał inżynier Henryk Segno (1819-1895) z rodziną.

[2] Syn Henryka Segno.

[3] Towarzystwo Udziałowe Specyalnej Fabryki Armatur i Motorów (1902–1920), później Zakłady Przemysłu Ciągnikowego “Ursus”.

[4] Od 1903 r. do wybuchu I wojny światowej w Pruszkowie działała „Fabryka Maszyn, Odlewnia i Kotlarnia – Józef Troetzer i S-ka”, produkująca m.in. kotły parowe, konstrukcje żelazne, transmisje fabryczne, pompy, sikawki i inny sprzęt strażacki. Jej właścicielem był Józef Troetzer (1866-1937).

[5] Jerzy Ryx, ziemianin, hodowca, pisarz rolniczy urodził się w 18 stycznia 1866 r. w Paryżu. W 1905 r. założył w Warszawie rolniczy dom handlowy “Jedność”. W małżeństwie z Ireną z Tąkielów miał syna Andrzeja, rolnika, poległego w 1918 r. w walkach o Lwów, i dwie córki Krystynę oraz Izabellę, inżyniera rolnika. Zmarł 18 grudnia 1944 r. w Sielcu (pow. grójecki).

 

fb-share-icon0

Może ci się także spodobać...