Gimnazjum Marii i Jadwigi Domańskich w Konstancinie

        Z okazji Dnia Nauczyciela chciałem przypomnieć ważną w historii Konstancina szkołę, która przez niemal trzydzieści lat kształciła dzieci konstancińskich właścicieli willi. O ile dzieci wiejskie uczęszczały do drewnianej szkoły na Grapie, kawałek dalej, przy alei Mickiewicza w willach ,,Biała” i ,,Leonówka”, naukę pobierała młodzież miejscowych posesjonatów oraz przedwojennej inteligencji. Pierwszą szkołę w tym miejscu w 1912 roku otworzyła Leontyna Barbara Rudzka (1858-1929), właścicielka żeńskiej szkoły w Warszawie przy ulicy Zielnej 13. W Konstancinie w 1912 roku otworzyła swoją drugą, równolegle prowadzoną szkołę i uruchomiła klasę wstępną. W 1914 czynne były już trzy klasy oraz internat (więcej o szkole Leontyny Rudzkiej pisał Witold Rawski – jego artykuł dostępny jest tu szkola-w-leonowce-konstancin-1929-r – więc jeśli ktoś go już czytał, polecam przejść od razu do kolejnego akapitu ze wspomnieniami Likiernika).

Szkoła Marii i Jadwigi Domańskich (T.I. 1931 r)

W 1929 roku, po jej śmierci, szkołę przejęły jej siostrzenice Maria i Jadwiga Domańskie, prowadząc do ok. 1936 roku siedmioklasową szkołę powszechną Gimnazjum im. M. i J. Domańskich.

Szkoła Domańskich reklamowała się następująco: „Wartość szkoły podmiejskiej, szkoły na wsi, jest dziś uznawana powszechnie zagranicą i niema prawie kraju w Europie, gdzieby idea takich szkół nie świeciła tryumfów. I u nas zaczyna to hasło zdobywać sobie coraz więcej zwolenników. Z podwarszawskich najbliższą jest 4 klasowe gimnazjum koedukacyjne Pań J. i M. Domańskich w Konstancinie, oddane pod protektorat Kornela Makuszyńskiego. Szkoła ta przedstawia doskonałe warunki. Położona jest w kilkumorgowym ogrodzie, pełnym drzew sosnowych, zajmuje budynek duży (willę „Leonówka”) pełen światła i wielkich przestrzeni. Pokoje wysokie i słoneczne. Jak długo pozwalają warunki atmosferyczne, nauka odbywa się w ogrodzie na świeżym powietrzu, gdzie też są urządzenia do zabaw i gier dla dzieci. Kierownictwo szkoły spoczywa w rękach wyrobionych pod względem naukowym i pedagogicznym, co daje gwarancję nie tylko odpowiedniego poziomu naukowego, ale i wychowawczego. Wszystkie przerwy między lekcjami przez cały rok szkolny spędzają dzieci w parku. Opłata szkolna bardzo umiarkowana. Przy szkole mieści się internat, w którym dzieci mogą znaleźć zdrowe pożywienie i troskliwą opiekę.” (1931)

Program szkoły obejmował następujące przedmioty: religia, język polski, język łaciński, język francuski, kulturę klasyczną, historię Polski, geografię, przyrodoznawstwo, fizykę, chemię, matematykę, propedeutykę filozofii, higienę, rysunek, śpiew i muzykę, prace ręczne, pisma, ćwiczenia cielesne.

Fragment świadectwa Gimnazjum M. i J. Domańskich 1931 r (zbiory Anny H.)

       Naukę w szkole pań Domańskich pobierał Stanisław Likiernik, który barwnie opisał swoją edukację w książce „Diabelne szczęście czy palec Boży?”

„Uczęszczałem do dość szczególnej szkoły. Panny Domańskie, które ją prowadziły, były niezamężnymi, dobre wykształconymi i bardzo kulturalnymi nauczycielkami, doskonale mówiącymi po francusku i religijnymi aż do przesady. Moja formacja „naukowa” omal nie legła w gruzach na widok jednej z panien Domańskich, biegającej wokół szkoły przed burzą z małym dzwoneczkiem w ręku (dzwonek pochodził z Notre Dame de Loretto). Metoda jednak okazała się skuteczna: piorun ani razu nie uderzył w szkołę.

Pamiętnym wydarzeniem był przyjazd do Konstancina Benjamina Hillarda, młodego Amerykanina, który mówił jedynie po angielsku. Ten młody, dziesięcioletni chłopak, pełen inicjatywy i dziwnych pomysłów, aby uczcić swe przybycie, wspiął się na dach ogrodowej altany i nie chciał z niej zejść za nic w świecie, udając, że nie rozumie błagań panien Domańskich, przerażonych wyczynem dziecka-małpy. Naturalnie, sława „młodzieńca” rozniosła się szybko po okolicy. Benjamin przywiózł w swych bagażach szklane kulki, całkowicie jeszcze wówczas nie znane w naszych stronach. Nasz zachwyt wobec tych stu różnych, mieniących się kolorami kulek nie miał granic. Zabawy nimi nie mogły się z niczym równać – bo ich liczba była raz na zawsze ograniczona…  Nasz nowy przyjaciel dość szybko nauczył się polskiego, nadal jednak jego rozrywki i poczucie humoru różniły się od naszych: Amerykanin musiał walczyć o prestiż swego kraju, wymyślając coraz to nowe, bardziej szalone zabawy, wykazując się przy tym niespotykaną brawurą.

Sala lekcyjna w willi ,,Leonówka” (T.I. 1929 r)

Jedną z naszych nauczycielek była mała, garbata mademoiselle. Francuska, która przybyła do Polski jeszcze jako młoda dziewczyna, prawdopodobnie na krótko, i tak jakoś została. Marzyła o powrocie do Francji, opowiadała o swej ojczyźnie z nostalgią, którą niezbyt dobrze rozumieliśmy. Jadała rzeczy, zdawałoby się, niejadalne: np. liście mlecza. Francuzi, z ich żabami, ślimakami i Bóg wie czym jeszcze, wydawali mi się wtedy ludźmi o dziwnych upodobaniach. (…)

Szkoła zajmowała mi trochę czasu, ale uczęszczanie do niej nie oznaczało rezygnacji z rozrywek. Zawiązaliśmy własne „tajne stowarzyszenie”, które składało się głównie z chłopców – była wśród nas jedna dziewczyna, która wymyślała zresztą najciekawsze zabawy. Do odparcia nieprzyjaciela używaliśmy bomb z kurzu (wynalazł je Edzio Strasburger, starszy ode mnie o dwa lata). Bomby te produkowaliśmy z papierowych torebek i kurzu polnego, zbieranego na wiejskich, piaszczystych drogach. Wybuchając, bomba taka okrywała wroga tumanem kurzu, w którym ciężko było oddychać. Aby nas samych chronić przed uduszeniem, Edzio wymyślił „maskę przeciwkurzową”, podobną do maski gazowej; rolę filtra miał spełniać pokruszony na drobne kawałki węgiel, podkradany z kuchni – bo coś słyszeliśmy, że w maskach gazowych używa się węgla, no a znaliśmy tylko ten na opał.

Maska nie była najwygodniejsza. Pewnego razu przyjechał do nas chłopiec z Warszawy. Pełen animuszu, chciał się przyłączyć do zabawy w wojnę. Zapał jego stygł z każdą chwilą, choć początkowo wszystko grało: biegał, rzucał „bomby”. Dopiero po zwycięstwie zrozumieliśmy, co się stało: biedny żołnierz dusił się w swojej masce, a nawet zwymiotował. Bohatersko wytrwał jednak do końca (…)
Nasz kodeks honorowy brzmiał:

„Jeśli ktoś obraża twoją ojczyznę, rodziców czy ciebie – bij w mordę”

„Silniejszy nie bije nigdy słabszego”

„Kobiety nie bije się nawet kwiatem”

„Wydanie kolegi jest zbrodnią – karę należy wziąć na siebie”.

Mój ojciec wpoił mi te zasady na zawsze. Z dzisiejszej perspektywy całe nasze wychowanie było nader romantyczne i pełne patriotycznych frazesów. Tłumaczyć to można niedawno odzyskaną niepodległością, silnymi wpływami literatury XIX wieku, stu dwudziestu trzema latami niewoli. Mając osiem lat, recytowałem na akademii z okazji Święta Niepodległości wiersz „O Obrońcach Lwowa” : „O mamo, otrzyj oczy, / Z uśmiechem do mnie mów./ Ta krew, co z piersi broczy,/ To za nasz Lwów” – itd. Dostałem entuzjastyczne brawa, matki płakały, a ich mężowie byli bliscy łez. W 1935 roku zmieniłem szkołę i poszedłem do pierwszej klasy gimnazjum w Warszawie.”

Po II wojnie w willi “Biała” w której był internat ulokowano szkołę gminną, a budynek willi ,,Leonówka” przez krótki okres był oddziałem warszawskiego szpitala przy Litewskiej. Po pewnym czasie willę pozyskało Uzdrowisko Konstancin i po przeprowadzonym gruntownym remoncie pod koniec lat 80-tych budynek przez wiele lat niszczał. Dopiero w zeszłym roku znalazł nowego właściciela. Ciekawostką jest fakt, że w piwnicach willi znajduje się studnia – jedna z nielicznych jaka przetrwała w podziemiach tutejszych willi z początku XX wieku.