Konstancińsko-jeziorańskie gastronomie

Zamożniejsi mogli zabawić się w restauracjach, których na terenie Jeziorny, Skolimowa i Konstancina było kilka. O tych czasach przypomina również ukryty za reklamami domek ulokowany w pobliżu dzisiejszego ronda im. Jana Pawła II. Ten niepozorny dziś budynek to przebudowana prawie nie do poznania, mieszcząca do niedawna artystyczną galerię, sławna w okresie międzywojennym karczma Konstantego Mrozowskiego, odgrywająca ważną rolę w życiu towarzyskim i obyczajowym robotników papierni. W pierwszej ćwierci XX wieku zbierali się tam najczęściej w sobotnie wieczory, gdzie jak wspominał Zdzisław Kaliciński były tańce, śpiewy i gra na mandolinie. „Goście u Mroza – pisał zamawiali alembik Genelego albo okowitę Baczewskiego, kilka butelek piwa Haberbuscha, lemoniadę no i jedzenie. Najpierw zimne kiełbasy i boczki, potem specjalność Mrozowskich – odsmażaną kaszankę z kapustą i ziemniakami”. Od Mroza nikt nie wychodził pijany bo oberżysta miał autorytet i gdy widział, że ktoś przesadza z piciem po prostu odmawiał mu kolejnego kielicha i odsyłał do domu. Nikt nie śmiał mu się sprzeciwiać. Jak zapewnia Kaliciński w osadzie nie było też bójek, wszyscy się szanowali a dbały o to kobiety – żony majstrów cieszące się szacunkiem u największych zabijaków”. Sielanka. I komu to przeszkadzało?

Reklama restauracji Władysława Urbaniaka działającej w Jeziornie przy Warszawskiej od czasów I wojny Światowej do połowy XX wieku

Najdawniejszą, kontynuującą tradycję XIX-wiecznej karczmy, było „Zacisze” w Jeziornie u zbiegu ulic Warszawskiej i Skolimowskiej (dziś w lokalu tym jest sklep „Żabka”), prowadzone, również po upaństwowieniu przez Irenę Ciszewską od nazwiska której lokal ten otrzymał swą nazwę (zwano też lokalnie „U Gitary”). Restauracja działała do końca minionego stulecia i do dziś wielu mieszkańców Konstancina przechowuje o niej wdzięczną pamięć z lat młodzieńczych uciech. Choć nie cieszyła się złą sławą, niezamężnym dziewczęta z Jeziorny nie wypadało tam chodzić. „Jak pójdziesz do Zacisza to nie masz co w domu się pokazywać”, powtarzały matki nastolatek. Po II wojnie światowej drugiej stronie placu zajmowanego dziś przez rondo, a zwanego wówczas „jarmark” albo „rynek”, w miejscu gdzie dziś znajduje się pawilon oferujący kebab, stała piętrowa kamienica Spółdzielni Robotniczej „Świt” w której na parterze znajdowała się ludowa gospoda. Podobna znajdowała się w Skolimowie u zbiegu ulic Prusa i Wojewódzkiej, na parterze piętrowej nie istniejącej już willi, nazywała się „Pod sosnami” i oferowało smaczne, tanie jedzenie i alkohole. Była restauracją dla zwykłych ludzi, w pamięci bywalców zapadł wozak Sarzała, który „Pod sosnami” nadużywał alkoholu i w drodze powrotnej uzależniony był od swej kobyły, która wraz z wozem cierpliwie czekała aż opuści lokal. Wiozła go pijanego do domu ale wcześniej oczekiwała na zachętę, musiała dostać kufel piwa inaczej nie chciała ruszyć się z miejsca. Pojenie kobyły Sarzały stało się rytuałem bywalców „Pod sosnami”.

Zacisze (u Ciszewskiej) – Jeziorna ( lata pięćdziesiąte/sześćdzesiąte XX wieku)

W latach siedemdziesiątych minionego wieku powodzeniem cieszyła się „Świerkowa” przy ul. Piasta oferująca alkohol, przekąski i dania gorące, a w latach osiemdziesiątych nowoczesna „Biała Dalia” przy ul. Sobieskiego wyspecjalizowana w popularnych wówczas wykwintnych daniach „hortexowych” jak wówczas mówiono. Wynikało to z faktu, że właścicielką lokalu była ajentka kilku restauracji „Horteksu” na Starym Mieście w Warszawie. Najbardziej popularny ze względu na przystępne ceny bar piwny mieścił się w drewnianym baraku przy Wilanowskiej (na tyłach obecnej poczty). Zwano go popularnie – jak twierdzi mieszkający w pobliżu Ryszard Piotrowski (ur. 1922 r.), emerytowany fryzjer – „Na Żydach” albo „Na Cyganach” bo podczas wojny w istniejących tam wykopach niemieccy żandarmi grzebali rozstrzelanych Żydów i Cyganów. Budynek ten spłonął w latach siedemdziesiątych minionego wieku. Potem w pobliżu powstał bar „Amazonka”. Podobny bar zwany „Pod Dębem” znajdował się na ulicy Mickiewicza.

Gospoda Ludowa – Jeziorna (lata pięćdziesiąte/sześćdziesiąte XX wieku) (ze zbiorów P.Szewczyka)

Najbardziej wykwintną, słynącą ze pieczonych kurczaków ze smakowitym nadzieniem i dobrego alkoholu była restauracja zwana w różnych powojennych latach „Cafe Elite”, „Florida”, „Riviera” na ul. Źródlanej (wcześniej Kolejowa) popularnie zwana „U Berentowicza”, lub „U Berka” kontynuująca kulinarne tradycje przedwojennego „Casina”. Daniem popisowym był kociołek gorących raków jedzonych do mocnych alkoholi, daniem firmowym – kurczak po polsku, podobno ulubione danie premiera PRL Cyrankiewicza częstego gościa u Berentowicza. Obaj znali się podobno sprzed wojny ze wspólnej działalności w PPS. Pisarz Miron Białoszewski goszczący w Konstancinie na rekonwalescencji po zawale serca w marcu 1975 roku tak opisał jej wygląd zewnętrzny: „Jest napis restauracja Berentowicza zaprasza na kurę po polsku. I jest namalowany na zielono kurczak. dwie nóżki w górze, wygląda jak ślimak z rogami”. Czyli nie szczególnie, ale był to już czas nadciągających niedoborów schyłku epoki gierkowskiej a Miron też nie był szczególnym amatorem kurczaków a la polonaise. Żadna z tych restauracji nie przetrwała do naszych czasów, a najszybciej bo wkrótce po zakończeniu wojny, zamknęła swoje podwoje, zniszczona domiarami, najsłynniejsza, szczególnie wśród robotników papierni przed wojną, restauracja Konstantego Mrozowskiego popularnego ‘Mroza” symbolizując ostateczny kres przedwojennego świata.

Na zakończenie – restauracja Berentowicza

Może ci się także spodobać...