Ludzie nadwiślańskiego Urzecza

W tym roku mija 10 lat od pierwszego Flis Festiwalu w Gassach, na którym spotkali się pasjonaci pływania po Wiśle. Miałem również przyjemność wspierać organizację tego pamiętnego wydarzenia i przedstawić zebranym na ostrodze w Gassach prezentację multimedialną pt. „Nad Wisłą”.

Znak na wale wiślanym – 487 km biegu Wisły. Kilometry te nie oznaczają odległości od źródeł rzeki, jest to odcinek od miejsca, które zostało uznane za początek szlaku żeglownego Wisły, czyli od ujścia rzeki Przemszy do Wisły, gdzie znajduje się tzw. kilometr 0. Fot. Piotr Rytko

W trakcie prezentacji pt. „Nad Wisłą” na ostrodze w Gassach w 2011 r. Fot. archiwum Piaseczyńskiego WOPR

Wówczas na tamie dojazdowej spotkała się garstka wodniaków, ale z biegiem lat flis się rozwijał. Do lewego brzegu na 487 km biegu rzeki rokrocznie dobijało co raz więcej zrekonstruowanych dawnych drewnianych łodzi rzecznych z flisakami praktycznie z całego kraju. Z czasem z typowo wodniackiej imprezy flis przerodził się w Jarmark Kultury Urzecza organizowany przez Konstanciński Dom Kultury. Ubiegłoroczna i obecna edycja Jarmarku mają z powodu epidemii charakter wydarzeń on-line, niemniej tradycja spotykania się miłośników rzeki nie zanika.

Zrekonstruowane tradycyjne drewniane łodzie na Wiśle podczas Flis Festiwalu w Gassach. Fot. Piotr Rytko

Miejsce nad brzegiem Wisły w Gassach nie jest przypadkowe, bowiem dawniej znajdowała się tu jedna z najważniejszych przepraw na Urzeczu, która opisywana była już w 1521 r. Na prawym brzegu istniała zaś wieś o nazwie Przewóz utworzona najpewniej po 1667 r., po której pozostał jedynie ślad w postaci ulicy Wiślanej w Karczewie. Obecnie próżno szukać potężnych drewnianych promów, które kursowały pomiędzy brzegami. Szczęśliwie zachowały się fotografie przedstawiające przewoźników i ich krypy na Wiśle w Gassach. Przewóz i dawne wiślane zwyczaje pozostały także w pamięci najstarszych mieszkańców Urzecza, dlatego też warto poświęcić tym strażnikom tradycji Urzecza nieco uwagi.

Przewóz w Gassach-Kopytach. Trzy zaprzęgi konne na drewnianej krypie. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Należy do nich pan Henryk Bojańczyk, mieszkaniec Cieciszewa pochodzący z Gassów. Praktycznie przez całe swoje życie, aż do osiągnięcia wieku 100 lat, zajmował się pszczelarstwem. Nadal bardzo dobrze pamięta on wiślany przewóz Gassy-Kopyty – Karczew i pokrzykiwania nad rzeką „Przewozu! Przewozu!”. Jego starszy brat, Franciszek Bojańczyk, był doświadczonym przewoźnikiem na Wiśle, na swoim drewnianym promie mógł transportować nawet do czterech wozów konnych należących do gospodarzy z Gassów, Czernideł i innych miejscowości na lewobrzeżnym Urzeczu, którzy swoje produkty rolne przewozili na prawy brzeg na targ w Otwocku.

Henryk Bojańczyk przy najstarszych ulach na Urzeczu. Fot. Piotr Rytko

O dawnych przewoźnikach i rybakach doskonale pamięta również Wojciech Prus-Wiśniowski, z Góry Kalwarii.

Wojciech Prus-Wiśniowski zachował w swoim Regionalnym Muzeum w Górze Kalwarii wiele zabytkowych obiektów związanych z nadwiślańskim Urzeczem. Fot. Piotr Rytko

Na terenie skansenu przy jego Muzeum Regionalnym na Mariankach znajduje się łódź rybacka z okresu międzywojennego należąca niegdyś do braci Kuśmierskich. To ważny materialny ślad po wodniakach z nadwiślańskiego Urzecza, na szczęście uratowany w ostatnim momencie przez pana Wojciecha spod ostrza siekiery, gdyż niepotrzebna już łódź miała posłużyć jako źródło drewna na opał…

Drewniana łódź z okresu międzywojennego braci Kuśmierskich w skansenie przy Muzeum Regionalnym na Mariankach. Fot. Piotr Rytko

Rybacy Eligiusz, Tadeusz, Feliks, Stanisław i Leon Kuśmierscy mieszkali w Górze Kalwarii na ulicy św. Antoniego, zwanej niegdyś ul. Rzeczną, ale również Drogą do Przewozu. Prowadziła bowiem do kolejnej bardzo ważnej przeprawy na Wiśle, tym razem łączącej Nową Jerozolimę (obecnie Górę Kalwarię) z Kępą Gliniecką. To tu cumowały liczne łodzie rybackie Łurzycoków, od których przedsiębiorczy żydowscy handlarze skupowali świeże ryby. Taką łodzią pływali właśnie bracia Kuśmierscy. Nie tylko zresztą oni, ponieważ spora liczba mieszkańców Góry trudniła się rybołówstwem. Wojciech Prus-Wiśniowski nadal pamięta opowieści o wyprawach rybaków z Urzecza w górę rzeki. Zna te historie bowiem rodzina Wiśniewskich mieszkała na ul. Św. Antoniego w sąsiedztwie Kuśmierskich.

Fragment mapy Góry Kalwarii z ok. 1815 roku z zaznaczoną Drogą do Przewozu. AGAD, Zbiór Kartograficzny

Zdarzało się, że górskokalwaryjscy rybacy płynęli nawet do Zawichostu w poszukiwaniu większych okazów: jesiotrów czy też sumów. Większość złapanych ryb sprzedawali jeszcze podczas rejsu handlarzom czekającym na dostawę świeżego towaru przy bindugach, czyli rzecznych przystaniach. Z reguły z takich wypraw do Góry przywozili jedynie krąpie, okonie i inne drobniejsze ryby, głównie na domowe potrzeby konsumpcyjne. Gdy chcieli zaopatrzyć miejscowe jatki, czy też stragany na placu przy dawnej ul. Senatorskiej (obecnie skwer im. Adama i Ewy) nie odpływali daleko w górę rzeki a łowili w pobliżu Góry Kalwarii i Kępy Radwankowskiej.

Na jednym z takich rejsów Eligiusz Kuśmierski został zraniony w nogę przez olbrzymiego jesiotra, którego starał się złowić w Wiśle. Rana powstała od uderzenia ogona jesiotra okazała się na tyle poważna, że dr Antoni Rzeszotarski z Domu Starców i Kalek zmuszony był amputować rybakowi nogę. Na marginesie tej opowieści warto zwrócić uwagę, że historii o olbrzymich jesiotrach pływających w Wiśle jest znacznie więcej. M.in. Feliks Karpman i Henryk Prajs opowiadali mi o złowionym jesiotrze, który do miasta transportowany był ul. św. Antoniego na wozie drabiniastym. Ryba była tak duża, że ogon wystawał poza drewniany wóz i co jakiś czas uderzał o wybrukowaną drogę. Przyciągnęło to uwagę wielu mieszkańców, w szczególności dzieci, a wiadomość o złowieniu niezwykłego okazu szybko rozeszła się po okolicy. Później o tym wielkim jesiotrze złowionym w Wiśle na Urzeczu krążyły legendy.

Boja służąca do wyznaczania szlaku żeglownego na Wiśle oraz tradycyjna kotwica używana przez rybaków z Góry Kalwarii. Fot. Piotr Rytko

Wróćmy jednak do wspomnień Wojciecha Prus-Wiśniowskiego, który pamięta także, że w południowej części Urzecza występowały 3 techniki łowienia: „na skrzydlaka”, „na szufatę” i „na drygawicę”. Na terenie skansenu można obejrzeć częściowo zachowane sieci należące dawniej do stryja pana Wojciecha, Dionizego Wiśniewskiego łowiącego wiślane ryby.

W skansenie znajduje się także boja wytyczająca szlak żeglugowy i piękna stara kotwica. Ale poza tymi śladami materialnymi po urzeckich rybakach w muzeum można jeszcze usłyszeć wiele opowieści pana Wojciecha, warto zatem odwiedzić prowadzoną przez niego placówkę na Mariankach w Górze Kalwarii.

Paulin Zduńczyk ogląda nad Wisłą przy Kępie Radwankowskiej wierzbowe witki, które posłużą do wykonania wiraszki. Fot. Piotr Rytko

Znawcą urzeckiego rybołówstwa jest także Paulin Zduńczyk z Kępy Radwankowskiej, który z kolei opierał się na innej technice łowienia. Należy już niestety do nielicznych osób z regionu, który potrafi wypleść wiraszkę, kiedyś bardzo powszechnie wykorzystywaną do łowienia wiślanych ryb. Wiraszka to wiklinowa pułapka na ryby wyplatana z wierzbowych witek tzw. pręci, ścinanych nad brzegami Wisły bądź też jej licznych odnóg.

Paulin Zduńczyk w trakcie wyplatania wiraszki. Fot. Piotr Rytko

Warto wspomnieć, że Paulin Zduńczyk wykorzystał swoją doskonałą znajomość rzeki i żeglugi na niej w czasie II wojny światowej. Ratował wówczas uciekinierów z nadwiślańskich gett, którzy chcieli przedostać się na przeciwległy brzeg Wisły.

Taką niezwykłą wojenną historię będą chcieli opowiedzieć twórcy filmu o urzeckich piaskarzach, którzy podczas Holokaustu udzielali pomocy Żydom. Na razie szczegóły produkcji z 2020 roku owiane są tajemnicą, ale możemy spodziewać się niezwykle ciekawej opowieści z Wisłą w tle.

Piaskarze na planie zdjęciowym filmu opowiadającego ich losy w czasie II wojny światowej. Fot. Piotr Rytko

Piaskarze i żwirownicy, podobnie jak przewoźnicy i rybacy, byli dosyć liczni na Urzeczu. Można ich było spotkać praktycznie wszędzie, od ujścia Wilgi aż po Saską Kępę. Na Urzeczu szczególnie widoczni byli na Siekierkach, ale tak naprawdę w poszukiwaniu piachu i żwiru płynęli daleko w górę rzeki, przykładowo w rejonie Kępy Glinieckiej znane były rodziny piaskarzy Bobisów i Osęków. Piasek i żwir, podobnie jak produkty rolne z Urzecza znajdował szybki zbyt na chłonnym rynku warszawskim.

Piaskarze w Warszawie. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe. Koloryzowanie Pan Tosz

W ramach Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Oddział w Czersku poszukujemy dawnych narzędzi wykorzystywanych przez piaskarzy. Bezcennym znaleziskiem mogłyby się okazać charakterystyczne dla pracy piaskarzy czy też żwirowników kaszory, czyli kosze służące do łapania żwiru, osadzane na około 3-4 metrowej żerdzi i plecione z płaskowników i drutu.

Kaszor do wydobywania żwiru. Fot. Narodowe Muzeum Morskie w Gdańsku

W wersji do wydobywania piasku kaszor był bardziej szczelnym koszem. Z reguły piach czy żwir wydobywany był na łodzie określane jako baty. Ze swoich drewnianych łodzi piaskarze opuszczali kaszor do dna i zapierając się zazwyczaj bosymi stopami o burtę, ciągnęli drąg oparty o burtę. Żwir lub piach z kaszora trafiał następnie na pokład bata.

Wydobywanie żwiru na bata na Wiśle . Źródło: Jerzy Litwin, Piaskarze na Wiśle i ich łodzie (XIX i XX wiek), [w] „Biuletyn Polskie Misji Historycznej”, Nr 14, 2019, s. 225-229

Piaskarzy pamięta także Emil Siekierzyński z Gusina. To prawdziwy znawca Wisły i tradycyjnych drewnianych łodzi oraz wszelkich narzędzi służących do połowu wiślanych ryb. Pan Emil posiadł umiejętność wykonywania drewnianych jednostek przypatrując się w młodości kunsztowi szkutnika Ejneberga z południowego krańca Urzecza. Należy podkreślić, że łodzie pana Emila i jego mistrza nadal pływają po Wiśle.

Emil Siekierzyński z Gusina prezentuje sak do połowu ryb na Wiśle. Fot. Piotr Rytko

Emil Siekierzyński wykonywał także przez lata wszelkiego rodzaju narzędzia, którymi łapał ryby. Do nich należy sak, czyli workowata siatka opięta w przedniej części na pałąku z leszczyny, o kształcie silnie wygiętego łuku, którego cięciwę stanowi gruby sznur, choć stosowano również listwę drewnianą. Rybacy z Urzecza łapali sakiem ryby, wkładając go ostrożnie do wody, pałąkiem ku górze, i przesuwając nad samym dnem do krzaków, pod kamienie, trzciny. Następnie sak unoszono i lekko uderzano w dno. Wypłoszone ryby wyskakiwały z kryjówek i wpadały w luźną sieć, z której nie mogły się już wydostać.

Warto również pamiętać, że drewniane łodzie służyły nie tylko do przewozu ludzi pomiędzy brzegami, transportu towarów i połowu ryb. Na Urzeczu pychówki wykorzystywano także do rekreacji i wypoczynku nad wodą. Często organizowano rejsy w górę rzeki by odkrywać piękne, piaszczyste nadwiślańskie plaże. Oprócz pychówek, pływano także na drewnianych kajakach, często wyposażonych w żagiel. Takie wspomnienia z rekreacyjnych rejsów zachował dr Adam Marchocki, syn kronikarza z Góry Kalwarii Edwarda Marchockiego.

Doktor Adam Marchocki z Góry Kalwarii w młodości wolny czas spędzał pływając na Wiśle na pychówkach. Fot. Piotr Rytko

Jako kilkunastoletni chłopiec Adam Marchocki spędzał wolny czas na przystani Brzanka, gdzie należał do koła wędkarskiego. Wówczas na przystani funkcję bosmana pełnił pan Bednarski, który opiekował się m.in. kilkunastoma pychówkami cumującymi do pomostów. Zajmował się on także naprawami tych drewnianych łodzi.

Obchody Święta Morza na przystani Brzanka w Górze Kalwarii w 1955 r. Archiwum Edwarda Marchockiego

Wisła w latach 50. XX wieku była bardzo popularnym miejscem spotkań młodzieży. Były to jeszcze czasy, gdy woda w rzece była tak czysta, że pitą ją z tzw. kantu przykosy. Spragnieni chłopcy klękali wówczas na samym kancie i pili bezpośrednio z rzeki wartko płynącą wodę. Pan Adam wspomina, że na przystani w Górze Kalwarii była „walka” o wypożyczenie jak najlepszego pychu, czyli długiego, drewnianego wiosła z okutym piórem. Na Brzance był niestety tylko jeden dębowy i najlżejszy ze wszystkich pych, który sprzyjał sprawnej i szybkiej żegludze po rzece. Szczególnie w soboty, czy też niedziele, młodzi chłopcy z rana szybko biegli z miasteczka przez skarpę na przystań, aby zapewnić sobie najlepszy pych na całodzienne pływanie na drewnianych łodziach. Możemy sobie tylko wyobrazić, jakie to były emocje, żeby pozyskać dobre wiosło, by móc brylować w nurcie Wisły… A wcale nie było to takie łatwe.

Przyjaciele podczas wiślanego rejsu w okolicach Kępy Potyckiej. Zbiory rodziny Tabor

Szczególnym kunsztem żeglarskim należało się wykazać przy pokonywaniu główek – ostróg, czyli budowli hydrotechnicznych służących do regulacji rzeki. Nieumiejętne sterowanie łodzią przy główkach powodowało, że trafiało się w główny nurt, który ściągał łódź w dół rzeki. Jak wspomina pan Adam: „Cała filozofia polegała, aby płynąć wzdłuż prostopadle ustawionej do rzeki główki, bardzo blisko jej krawędzi, pychem opierając się o kamieniste umocnienia. Operując delikatnie pychem, należało przy końcu główki skierować dziób w górę rzeki. Następowało mocne pchnięcie i pychówka ustawiała się ponownie wzdłuż główki, tyle, że tym razem była skierowana na brzeg”. W ten sposób łodzią dopływano do brzegu, gdzie znajdowała się spokojniejsza woda. I tak pychówką płynęło się w górę rzeki do kolejnej ostrogi, którą należało ponownie pokonać.

W ramach Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Oddział w Czersku staramy się zachować wspomnienia o życiu na Wiśle. Ważnym elementem tych działań są wywiady z najstarszymi mieszkańcami regionu, ale także poszukiwanie dawnych łodzi, ich wyposażenia oraz narzędzi służących do połowu ryb. Mam nadzieję, że dzięki naszym wysiłkom uda się ochronić dziedzictwo kulturowe Urzecza.

 


Źródła i literatura:

  • AGAD, Zbiór kartograficzny
  • Wywiady przeprowadzone w latach 2007-2021 z Henrykiem Bojańczykiem, Feliksem Karpmanem, Adamem Marchockim, Henrykiem Prajsem, Wojciechem Prus-Wiśniowskim, Emilem Siekierzyńskim.
  • Jerzy Litwin, Piaskarze na Wiśle i ich łodzie (XIX i XX wiek), [w] „Biuletyn Polskie Misji Historycznej”, Nr 14, 2019, s. 225-229
  • Adam Reszka, Wiślane statki i techniki nawigacyjne od XVI do XX wieku, Gdańsk 2012
  • Piotr Rytko, Z biegiem Wisły. Z biegiem lat. Wystawa historyczno-fotograficzna, Czersk 2017
  • Piotr Rytko, Z biegiem Wisły. Przewodnik po podwarszawskim Urzeczu, Czersk 2019

Może ci się także spodobać...