W tym roku mija 10 lat od pierwszego Flis Festiwalu w Gassach, na którym spotkali się pasjonaci pływania po Wiśle. Miałem również przyjemność wspierać organizację tego pamiętnego wydarzenia i przedstawić zebranym na ostrodze w Gassach prezentację multimedialną pt. „Nad Wisłą”.


Wówczas na tamie dojazdowej spotkała się garstka wodniaków, ale z biegiem lat flis się rozwijał. Do lewego brzegu na 487 km biegu rzeki rokrocznie dobijało co raz więcej zrekonstruowanych dawnych drewnianych łodzi rzecznych z flisakami praktycznie z całego kraju. Z czasem z typowo wodniackiej imprezy flis przerodził się w Jarmark Kultury Urzecza organizowany przez Konstanciński Dom Kultury. Ubiegłoroczna i obecna edycja Jarmarku mają z powodu epidemii charakter wydarzeń on-line, niemniej tradycja spotykania się miłośników rzeki nie zanika.

Miejsce nad brzegiem Wisły w Gassach nie jest przypadkowe, bowiem dawniej znajdowała się tu jedna z najważniejszych przepraw na Urzeczu, która opisywana była już w 1521 r. Na prawym brzegu istniała zaś wieś o nazwie Przewóz utworzona najpewniej po 1667 r., po której pozostał jedynie ślad w postaci ulicy Wiślanej w Karczewie. Obecnie próżno szukać potężnych drewnianych promów, które kursowały pomiędzy brzegami. Szczęśliwie zachowały się fotografie przedstawiające przewoźników i ich krypy na Wiśle w Gassach. Przewóz i dawne wiślane zwyczaje pozostały także w pamięci najstarszych mieszkańców Urzecza, dlatego też warto poświęcić tym strażnikom tradycji Urzecza nieco uwagi.

Należy do nich pan Henryk Bojańczyk, mieszkaniec Cieciszewa pochodzący z Gassów. Praktycznie przez całe swoje życie, aż do osiągnięcia wieku 100 lat, zajmował się pszczelarstwem. Nadal bardzo dobrze pamięta on wiślany przewóz Gassy-Kopyty – Karczew i pokrzykiwania nad rzeką „Przewozu! Przewozu!”. [p. Henryk zmarł w kwietniu 2022 r. – red.]. Jego starszy brat, Franciszek Bojańczyk, był doświadczonym przewoźnikiem na Wiśle, na swoim drewnianym promie mógł transportować nawet do czterech wozów konnych należących do gospodarzy z Gassów, Czernideł i innych miejscowości na lewobrzeżnym Urzeczu, którzy swoje produkty rolne przewozili na prawy brzeg na targ w Otwocku.

O dawnych przewoźnikach i rybakach doskonale pamięta również Wojciech Prus-Wiśniowski, z Góry Kalwarii.

Na terenie skansenu przy jego Muzeum Regionalnym na Mariankach znajduje się łódź rybacka z okresu międzywojennego należąca niegdyś do braci Kuśmierskich. To ważny materialny ślad po wodniakach z nadwiślańskiego Urzecza, na szczęście uratowany w ostatnim momencie przez pana Wojciecha spod ostrza siekiery, gdyż niepotrzebna już łódź miała posłużyć jako źródło drewna na opał…

Rybacy Eligiusz, Tadeusz, Feliks, Stanisław i Leon Kuśmierscy mieszkali w Górze Kalwarii na ulicy św. Antoniego, zwanej niegdyś ul. Rzeczną, ale również Drogą do Przewozu. Prowadziła bowiem do kolejnej bardzo ważnej przeprawy na Wiśle, tym razem łączącej Nową Jerozolimę (obecnie Górę Kalwarię) z Kępą Gliniecką. To tu cumowały liczne łodzie rybackie Łurzycoków, od których przedsiębiorczy żydowscy handlarze skupowali świeże ryby. Taką łodzią pływali właśnie bracia Kuśmierscy. Nie tylko zresztą oni, ponieważ spora liczba mieszkańców Góry trudniła się rybołówstwem. Wojciech Prus-Wiśniowski nadal pamięta opowieści o wyprawach rybaków z Urzecza w górę rzeki. Zna te historie bowiem rodzina Wiśniewskich mieszkała na ul. Św. Antoniego w sąsiedztwie Kuśmierskich.

Zdarzało się, że górskokalwaryjscy rybacy płynęli nawet do Zawichostu w poszukiwaniu większych okazów: jesiotrów czy też sumów. Większość złapanych ryb sprzedawali jeszcze podczas rejsu handlarzom czekającym na dostawę świeżego towaru przy bindugach, czyli rzecznych przystaniach. Z reguły z takich wypraw do Góry przywozili jedynie krąpie, okonie i inne drobniejsze ryby, głównie na domowe potrzeby konsumpcyjne. Gdy chcieli zaopatrzyć miejscowe jatki, czy też stragany na placu przy dawnej ul. Senatorskiej (obecnie skwer im. Adama i Ewy) nie odpływali daleko w górę rzeki a łowili w pobliżu Góry Kalwarii i Kępy Radwankowskiej.
Na jednym z takich rejsów Eligiusz Kuśmierski został zraniony w nogę przez olbrzymiego jesiotra, którego starał się złowić w Wiśle. Rana powstała od uderzenia ogona jesiotra okazała się na tyle poważna, że dr Antoni Rzeszotarski z Domu Starców i Kalek zmuszony był amputować rybakowi nogę. Na marginesie tej opowieści warto zwrócić uwagę, że historii o olbrzymich jesiotrach pływających w Wiśle jest znacznie więcej. M.in. Feliks Karpman i Henryk Prajs opowiadali mi o złowionym jesiotrze, który do miasta transportowany był ul. św. Antoniego na wozie drabiniastym. Ryba była tak duża, że ogon wystawał poza drewniany wóz i co jakiś czas uderzał o wybrukowaną drogę. Przyciągnęło to uwagę wielu mieszkańców, w szczególności dzieci, a wiadomość o złowieniu niezwykłego okazu szybko rozeszła się po okolicy. Później o tym wielkim jesiotrze złowionym w Wiśle na Urzeczu krążyły legendy.

Wróćmy jednak do wspomnień Wojciecha Prus-Wiśniowskiego, który pamięta także, że w południowej części Urzecza występowały 3 techniki łowienia: „na skrzydlaka”, „na szufatę” i „na drygawicę”. Na terenie skansenu można obejrzeć częściowo zachowane sieci należące dawniej do stryja pana Wojciecha, Dionizego Wiśniewskiego łowiącego wiślane ryby.
W skansenie znajduje się także boja wytyczająca szlak żeglugowy i piękna stara kotwica. Ale poza tymi śladami materialnymi po urzeckich rybakach w muzeum można jeszcze usłyszeć wiele opowieści pana Wojciecha, warto zatem odwiedzić prowadzoną przez niego placówkę na Mariankach w Górze Kalwarii.

Znawcą urzeckiego rybołówstwa jest także Paulin Zduńczyk z Kępy Radwankowskiej, który z kolei opierał się na innej technice łowienia. Należy już niestety do nielicznych osób z regionu, który potrafi wypleść wiraszkę, kiedyś bardzo powszechnie wykorzystywaną do łowienia wiślanych ryb. Wiraszka to wiklinowa pułapka na ryby wyplatana z wierzbowych witek tzw. pręci, ścinanych nad brzegami Wisły bądź też jej licznych odnóg.

Warto wspomnieć, że Paulin Zduńczyk wykorzystał swoją doskonałą znajomość rzeki i żeglugi na niej w czasie II wojny światowej. Ratował wówczas uciekinierów z nadwiślańskich gett, którzy chcieli przedostać się na przeciwległy brzeg Wisły.
Taką niezwykłą wojenną historię będą chcieli opowiedzieć twórcy filmu o urzeckich piaskarzach, którzy podczas Holokaustu udzielali pomocy Żydom. Na razie szczegóły produkcji z 2020 roku owiane są tajemnicą, ale możemy spodziewać się niezwykle ciekawej opowieści z Wisłą w tle.

Piaskarze i żwirownicy, podobnie jak przewoźnicy i rybacy, byli dosyć liczni na Urzeczu. Można ich było spotkać praktycznie wszędzie, od ujścia Wilgi aż po Saską Kępę. Na Urzeczu szczególnie widoczni byli na Siekierkach, ale tak naprawdę w poszukiwaniu piachu i żwiru płynęli daleko w górę rzeki, przykładowo w rejonie Kępy Glinieckiej znane były rodziny piaskarzy Bobisów i Osęków. Piasek i żwir, podobnie jak produkty rolne z Urzecza znajdował szybki zbyt na chłonnym rynku warszawskim.

W ramach Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Oddział w Czersku poszukujemy dawnych narzędzi wykorzystywanych przez piaskarzy. Bezcennym znaleziskiem mogłyby się okazać charakterystyczne dla pracy piaskarzy czy też żwirowników kaszory, czyli kosze służące do łapania żwiru, osadzane na około 3-4 metrowej żerdzi i plecione z płaskowników i drutu.

W wersji do wydobywania piasku kaszor był bardziej szczelnym koszem. Z reguły piach czy żwir wydobywany był na łodzie określane jako baty. Ze swoich drewnianych łodzi piaskarze opuszczali kaszor do dna i zapierając się zazwyczaj bosymi stopami o burtę, ciągnęli drąg oparty o burtę. Żwir lub piach z kaszora trafiał następnie na pokład bata.

Piaskarzy pami
