Jak to się stało, że restaurator z podwarszawskiej letniskowej miejscowości został zapamiętany po wsze czasy, a jego nazwisko stało się synonimem tradycji doskonałej kuchni, odwołującej się do czasów przedwojennej świetności? Unieśmiertelnił go na zawsze serial „Dom”, w którym jeden z warszawskich bohaterów, w powojennych latach 40. XX wieku wypowiada znamienne słowa: „Jak na kurczaki, to tylko do Berentowicza do Konstancina”. I można by rzecz złożyć na karb faktu, że scenarzysta serialu Andrzej Mularczyk się wychował w Konstancinie, gdyby nie jego niebywała dbałość o fakty. Jeśli w usta protagonisty włożył taką kwestię, to oznacza, iż padłaby ona w tamtym okresie w Warszawie…
Gdyż kurczaki Berentowicza cieszyły się renomą w stolicy. Bo zaczęło się już przed wojną, gdy było jak zapisał w swych wspomnieniach miejscowy lekarz, dr Zbigniew Cechnicki: „[Do Konstancina] przyjeżdżali niedzielni goście. Sezonowa śmietanka towarzyska, bywalcy pensjonatów, letnicy, właściciele willi, urządzający wystawne przyjęcia, bywalcy restauracji Berentowicza czy „Casina” bardziej byli znani warszawiakom niż nam, mieszkańcom Mirkowa czy Jeziorny”. W czasach przed i powojennych renoma restauracji niosła się po Warszawie i z czasem zmieniła się także w legendę wśród miejscowych, w ten sposób zaistniawszy nieco wtórnie na terenie Konstancina, Skolimowa i Jeziorna. Więc Berentowicz jest pamiętany, podobnie jego kurczaki i ragout z raków, a do tradycji tej odwołuje się „Różana”, działająca obecnie w budynku jego dawnej restauracji.

Franciszek Berentowicz (1877-1965) to legendarna postać warszawskiej gastronomii. Szlify zdobywał jako kelner Hotelu Europejskim, Bruhla i Bristolu. Pod koniec lat 20. XX wieku zaczął prowadzić restaurację w konstancińskim Casino, nieistniejącym obecnie kurhausie letniskowym znajdującym się w tutejszym parku. Chętnie było ono odwiedzane zarówno przez letników jak i podczas wojny przez Niemców. W 1946 r. budynek upaństwowiono, a Berentowicz krótko działał w nieistniejącej już willi „Wesoła”, na której miejscu od końca lat 90. mieści się „Casino Palace”, często mylone z dawnym Casinem, uważane za dawną konstancińską wilłę. Szybko jednak przeniósł się około 1949 roku do dawnej siedziby restauracji „Riviera”,później „Cafe Elite”, przy Źródlanej 6a, na wprost dworca kolejki wilanowskiej, gdzie wydzierżawił własny lokal. Dał wówczas swe jedyne ogłoszenie prasowe, informując, gdzie można dostać słynne raki w nowej siedzibie. W PRL stał się w ten sposób ajentem, nie mogąc być właścicielem i restauratorem.

Lecz kuchnia Berentowicza nadal słynęła na całą Warszawę i była bardzo wykwintna. Jej clou stanowiły właśnie raki, znane jeszcze z czasów przedwojennych. Jak pisał w 2024 roku Wojciech Guszkowski w świetnym artykule opublikowanym w konstancińskiej jednodniówce wydanej z okazji ówczesnych Dni Konstancina: „Na stołach królowały wtedy kurczaki po polsku i właśnie raki. Raki te sprowadzano ze znanej wówczas hodowli w Łapach nad Narwią. Miejscowa anegdota mówi, że ponieważ w przepływającym obok Casina strumyku, żyło wiele raków (co jest prawdą) miejscowi chłopcy dostarczali Berentowiczowi za niewielką opłatą efekty swoich połowów”. Dodajmy do tych wspomnień jeszcze i inne, zachowane przez miejscowych, iż raki miały być po wojnie hodowane również w stawach hodowlanych znajdujących się w miejscu obecnego targowiska przy Alei Wojska Polskiego, gdzie Berentowicz je nabywał. Oddajmy jednak ponownie głos Wojciechowi Guszkowskiemu:
„Niemniej jednak raki przyrządzane na wiele sposobów, królowały na stołach w trakcie koncertów dobroczynnych, bali, festynów, zabaw dla dzieci, loterii fantowych czy dansingów pod gołym niebem. (…) Najbardziej znanymi daniami z raków są: masło rakowe, turban rakowy oraz zupa rakowa. Zupę wykonuje się z parzonych we wrzątku raków. Następnie należy zrobić masło rakowe (miażdżone w moździerzu skorupki raka z dodatkiem masła) i zabielić zupę. Efekt – po prostu palce lizać i niebo wiadomo gdzie. (…) Zupa rakowa po II wojnie światowej była serwowana przez Berentowicza”.

Drugim popisowym daniem były wspomniane już wcześniej kurczaki. W internecie na jednym z blogów znaleźć możemy nawet na nie przepis, choć trudno zweryfikować wiarygodność informacji przekazanej przez anonimowego autora:
„Ten kurczak przechował się w mojej domowej tradycji kulinarnej pod nazwą „kurczak z nadzionkiem”, przyrządzany przez moją Prababcię, Babcię i Matkę. Nie dam jednak głowy, czy „kurczak z nadzionkiem” był wierną kopią przepisu Berentowicza, czy też wariacją kulinarną na jego temat.
Kurczak powinien być z własnego podwórka, karmiony naturalnie i pozbawiony niesmacznego, hodowlanego tłuszczu. Sprawiony, opłukany i lekko posolony czeka na nadzionko składające się z czerstwych bułek moczonych w mleku i odciśniętych, dużej ilości świeżutkiej pokrojonej natki pietruszki, surowego jaja, niedużego kawałka kurczęcej wątróbki i … sporej garści rodzynek. Niektórzy separują żółtko od białka i to ubijają przed dodaniem. Niektórzy dodają też odrobinę masła do wyrabianego surowego nadzienia. Szczypta soli i tłuczonego pieprzu i faszerujemy kurczaka, zaszywając mu następnie kuper i brzuszysko.”

Bez wątpienia oba dania przyciągały gości także po wojnie do nowego budynku. Andrzej Łapicki wspomniał, iż „do Konstancina chodziło się do słynnej restauracji Franciszka Berentowicza na znakomite kurczaki po polsku z niezapomnianym nadzieniem. Były też raki. Mówili, że z Łap. Wpadał tam – do restauracji, nie do Łap – nawet Józef Cyrankiewicz. Mieszkał w pobliskiej dzielnicy rządowej”. Znany aktor bywał w latach 50. w Domu Literatów w Oborach, chadzając stamtąd jak wspomniał często na poranną kawkę właśnie do Berentowicza. Ta tradycja utrzymywała się, bo o spacerach kończonych kawką u Berentowicza pisał także Tadeusz Konwicki w „Kalendarzu i Klepsydrze”. Wreszcie Marian Wyrzykowski notował: „Później, już po wojnie, był czas, że nie było niedzieli, żeby nie przyjechać do restauracji Berentowicza na kurczaki, a przy okazji zobaczyć postaci z wielkiego świata, z premierem Cyrankiewiczem na czele”.
Ale lokal zapisał się także i w pamięci mieszkańców, niektórzy z nich odnotowali swe wspomnienia w minionych latach w naszych mediach społecznościowych:
Jolanta Sutkowska: „W 1962-4 jadłam słynne kurczaki u Berentowicza …z Obór były to dwa kroki”
Iwona Krupa „Ja tez jadłam jako dziecko. Tata zabierał nas tam na niedzielny obiad. Ten smak pamiętam do dzisiaj.”
Stefan Kasprzyk: „Słyszałem o tym fakcie ale ale to były zapewne późne lata 40 i młode 50. Stacja była vis a vis Restauracji „Berentowicz”, gdzie często na …pieczone kurczaki z Belwederu przyjeżdżał Towarzysz Józef Cyrankiewicz . Ja juz tych torów nie pamiętam, ale do grającej szafy w Restauracji wrzucałem żetony i ja uruchamiałem. Zlikwidowana w latach 60. Pamiętam „Starszą” Panią Berentowicz siedząca przy kasie w Restauracji.
Witold Horwath: „Restauracja Berentowicza, popularne nazywana „U Berenta” działała jeszcze na pewno w latach sześćdziesiątych, chodziłem tam jako dziecko z Rodzicami”
Paweł Adam: „Chodziliśmy z rodzicami na obiadki w niedziele. Czasem z przyjaciółmi rodziny. Rosół pomidorowa kurczak sznycel . Wódeczka oranżada ze sprężyną. To z 60 lat temu. Przy bufecie była Lonia a jednym z kelnerów pan Adaś. Po wejściu do knajpy rzucał się w oczy wielki obraz jeździec na koniu na polowaniu. Były również mniejsze obrazy. Jak ktoś chciał zrobić większe imieniny i coś w tym stylu była wydzielina mała salka. Kiedyś stało tam pianino na którym grałem a to marsz turecki a to prząśniczki i woogie boogie. Gratyfikacją były ciastka i oranżada. Wnętrze berka można zobaczyć w serialu Polskie Drogi z roku 1977. Restauracja już była nieczynna ale cześć wystroju pozostała. Ot chociażby obraz polowania. Cóż…nie ma knajpy nie ma ludzi nie ma nawet starego budynku. Pozostały stare wspomnienia dzieciństwa … Cyrankiewicz który Mercedesem prowadzonym osobiście wpadał do BERKA. Ale entuzjazmu po Poznaniu 1956 raczej nie było”.
Elżbieta Jaworska: „Ja pamiętam jak z dziadkami Węgrzynowskimi, rodzicami i siostrą mamy z wujkiem oraz 2 kuzyneczkami w naszym wieku w niedzielę po kościele w Skolimowie przychodziliśmy do ” Berka” przyjaciela dziadka dziadek przed wojną i po wojnie był Sołtysem w Skolimowie/ na pyszny obiadek z deserem. My mieszkaliśmy w Konstancinie aż do lat 70 kiedy mama sprzedała dom z ogrodem panu Buchmanowi. Cudowny miły czas i dzieciństwo”.
Stanislaw Mietka: „Bywalo sie. Szafa grajaca.D4 Do not let mi down.Q4 Sanfrcisco”
Jacek Latoszek: „Wiem z opowiadań, że z Kabat jeździli motorami do Berentowicza. Opowiadający wspominał wątróbkę podawaną z patelni i smak nie do podrobienia”.
Manula Kalicka: „Tego kurczaka robiła moja mama, z dodatkiem natki do nadzienia i do tego mizeria z cieniutko pokrojonych ogórków albo sałaty ze śmietaną. To był letni niedzielny obiad. Możliwe, że mama miała berentowiczowski oryginalny przepis, bo mieliśmy jako lokatorkę kelnerkę od Berentowicza”.
Elżbieta Juranyi: „kurczaka duszonego na maśle z nadzieniem z bułki moczonej w mleku z dodatkiem zmielonej wątróbki, siekanej zielonej pietruszki, jajka, kawałka masła i przypraw robiła moja mama wedlug przepisu swojej mamy i babci czyli kurczak po warszawsku. Podawany z puree ziemniaczanym, mizerią lub sałata że śmietana. Palce lizać! Dziś nie do pomyślenia aby „taka bomba kaloryczna,” pojawiła się na stole!!!”.
Slawomir Stoczynski: „My, skolimowscy, jeziorańscy i konstancińscy Aborygeni mówiliśmy na tę knajpę z tradycjami, „U Berka”.
Janusz Wielocha: „Mieszkaliśmy niedaleko, przy Piotra Skargi 4. Tato był krawcem, miałem 9, czy 10 lat (tyle kiedyś miałem, naprawdę ) i czasami wysyłał mnie do „Berka” po piwo z karteczką: „Proszę sprzedać Januszkowi dwa piwa” i pieczątką zakładu krawieckiego. Czasami to było butelkowe, a czasem szedłem z bańką od mleka po nalewane. Dzisiaj nie do pomyślenia”.

Po śmierci restauratora w 1965 roku lokal zakończył swą działalność. Do ok. 1972 prowadził lokal jego syn Rajmund. Następnie budynek niszczał stojąc pusty, jednak długo przez wszystkich zwany był „Berentowiczem”. Gdy tworzono Uzdrowisko planowano tu stołówkę, później zaczęła działać tu „Konstancja”, wreszcie „Różana”, która odwołuje się do tradycji zupy rakowej. Ale wcześniej czynił to także „Biały koń”. Cóż więc takiego było w Berentowiczu, że 60 lat po likwidacji jego restauracji jest wciąż pamiętany? Zmarły w tym roku pytany o to Rajmund Berentowicz uśmiechał się tylko, gdy słyszał to pytanie. Tak to już jest z legendami, na pytania o kurczaki i raki po prostu się nie odpowiada.

Wykorzystano wspomnienia mieszkańców oraz:
- A. Łapicki Jak przyjęto śmierć Berii. PLUS MINUS, dodatek do Rzeczpolitej 20.08.2011, https://www.rp.pl/plus-minus/art14314571-jak-przyjeto-smierc-berii [dostęp: 2.12.2025]
- Kurczak od Berentowicza. Blog sine. https://www.salon24.pl/u/sine/1058295,kurczak-od-berentowicza [dostęp: 2.12.2025]
- W. Guszkowski, Raki w Konstancinie, Jednodniówka, 8-9 czerwca 2024 r.
Jeśli ktoś może podzielić się jakimś wspomnieniem z nimi związanym, prosimy o wpis w komentarzu lub na facebooku lub nadesłanie wiadomości na maila archiwa@okolicekonstancina.pl

Kurator Archiwum Wspomnień, oddany idei jego tworzenia i prowadzenia..
