Willa „Anna” – świat, którego już nie ma

„Są miejsca, które znikają z mapy. Są też takie, które pozostają już tylko w pamięci ludzi. Willa „Anna” należy właśnie do nich.”

Kiedy dziś przechodzimy ulicą Żeromskiego, trudno wyobrazić sobie, że jeszcze sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt lat temu czas płynął tutaj zupełnie inaczej. Willa „Anna” nie była tylko dużym domem. Była małym światem. Mieszkało tu kilka rodzin, których wojenne losy mogłyby posłużyć za scenariusz filmu. Sam budynek pamiętał początki XX wieku. Na ścianie klatki schodowej widniał napis z datą 1905. Wszystko wskazuje jednak na to, że budowę rozpoczęto już około 1903 roku. Wysokie, niemal czterometrowe sufity, szerokie drewniane schody, ciężkie drzwi, grube ceglane mury i wielkie okna przypominały jeszcze czasy, gdy Konstancin był eleganckim letniskiem z pensjonatami dla zamożnych warszawiaków.

Po wojnie świat zmienił się całkowicie. Dawny pensjonat stał się domem dla kilku rodzin. I właśnie tutaj, od 1950 roku, zamieszkała rodzina pana Bogdana.

Poranek zaczynał się od pieca

Zanim ktokolwiek usiadł do śniadania, należało rozpalić w piecach. Każde mieszkanie ogrzewały wielkie, przedwojenne piece kaflowe. Kafle, wykonane około 1904 roku, zachowały się zresztą do dziś jako cenne pamiątki. Ich zielonkawe lub kremowe szkliwo odbijało światło płomieni. Ale zanim w pokojach zrobiło się ciepło….trzeba było zejść do piwnicy. Pod kuchnią znajdował się skład opału. Każda rodzina miała własną piwnicę. W jednej z nich zachował się jeszcze postument po dawnej wannie – ślad pralni funkcjonującej tu jeszcze przed wojną. Wiadro. Szufla. Kilka brył węgla. Potem schody.

Rozpalanie. I czekanie, aż zimne kafle zaczną oddawać ciepło.

Na cały rok potrzeba było czterech, czasem pięciu ton węgla. Kupowało się go na tzw. „żeberku” – składzie opału, który pamiętają starsi mieszkańcy Konstancina. Później koń ciągnął ciężki wóz z węglem pod samą willę. Nikt niczego dokładnie nie ważył. Woźnica mówił, że są dwie tony. Gospodarz oceniał to na oko. I tyle. Tak wyglądał handel.

Kafel z pieca willi „Anna”

Mieszkanie pachniało drewnem i węglem

Rodzina zajmowała prawie połowę parteru. Dwa ogromne pokoje, kuchnia, spiżarnia, mała służbówka, weranda wychodząca na ogród od północnej strony. Słońce zaglądało tu rzadko. Nawet latem panował przyjemny chłód. Podłogi skrzypiały niemal przy każdym kroku. Wysokie okna przepuszczały miękkie światło odbijające się od kaflowych pieców. Pachniało drewnem, gotującym się obiadem i dymem z węgla. Wieczorem dom cichł. Słychać było jedynie tykanie zegara, trzask rozgrzanych kafli i odległy gwizd pociągu.

Ludzie, którzy tworzyli „Annę”

Każdy z mieszkańców niósł ze sobą własną historię. Był Rosłaniec – żołnierz armii generała Andersa. Był Mentlewicz, handlarz antykami. Potrafił godzinami opowiadać o starych meblach, porcelanie i obrazach. Dla dzieci był trochę tajemniczy. Mieszkała tu również pani Wojciechowska, przedwojenna właścicielka pensjonatu przejętego po wojnie przez STOCER. Nad mieszkaniem państwa Bogdana mieszkała Janina Machlejd wraz z Czesławem Szmakfeferem – powstańcem warszawskim, żołnierzem Armii Krajowej. Po wojnie nie miał już łatwego życia. Chorował na ciężką astmę. Przy ogrodzeniu, od strony willi „Julia”, stała dawna stróżówka. W niej garażował swój motocykl WFM. Motocykl stał. Prawie nigdy nie wyjeżdżał. Choroba odbierała siły.

Wieczory pachniały brydżem i papierosami

Kiedy kończył się dzień… do mieszkania Janiny i Czesława zaczęli schodzić się znajomi. Rozkładano zielone sukno. Tasowano karty. Rozpoczynał się brydż. Dym papierosowy unosił się pod samym sufitem. Na stole pojawiały się szklanki z herbatą, czasem kieliszek czegoś mocniejszego. Przychodzili znajomi z Grapy. Bywali mieszkańcy willi „Julia”, w tym prawdopodobnie również malarz Henisz. Dzieci zaglądały tylko na chwilę, po czym znów uciekały do własnego świata.

Ogród był całym wszechświatem

Przed wojną był zapewne dumą właścicieli, po wojnie powoli dziczał. Liczył około trzech tysięcy metrów kwadratowych. Stare sosny, krzewy, zarośnięte alejki, ławki. Graniczył z posesją willi „Eloe”. Nie było ogródków warzywnych, nie sadzono kwiatów. Były natomiast… dzieci. Biegały od rana do wieczora, grały w chowanego, budowały szałasy, hodowały gołębie. Wracały dopiero wtedy, gdy z okien rozlegało się wołanie matek.

Małe święta codzienności

Zakupy robiło się „Pod Dębami”. Sprzedawały tam dwie siostry, które znał każdy mieszkaniec. Chodziło się również do sklepu pana Mroza. Dzieci najbardziej czekały na oranżadę, nie tylko tę w butelkach. Prawdziwym rarytasem była oranżada w proszku. Jadło się ją prosto z papierowej torebki, choć dorośli kręcili głowami. Śledzie kupowano z drewnianej beczki, masło odcinano drucikiem, cukier ważono na wadze. Wszystko miało swój rytm.

Pierwszy telewizor i pierwszy samochód

Kiedy u Rosłańca pojawił się pierwszy telewizor, wiadomość rozeszła się błyskawicznie. Wieczorami przychodzili sąsiedzi, siadali na krzesłach, na taboretach, na czym tylko się dało. Patrzyli zahipnotyzowani. Dziś trudno to sobie wyobrazić. Jeszcze większą sensacją był samochód. Do Elżbiety Kołat z domu Machlejd przyjeżdżał jej mąż – Henryk Kołat, korespondent Polskiego Radia w Bonn, ceniony dziennikarz. Auto zatrzymujące się przed willą przyciągało wzrok wszystkich dzieci z okolicy. Dla wielu był to pierwszy kontakt z zachodnim światem.

Willa „Anna” na początku XXI w. Fot. W. Guszkowski.

Świat, którego już nie ma

Dziś po tamtej „Annie” pozostały wspomnienia. Zapach rozgrzanego pieca, skrzypienie drewnianych schodów, brzęk wiadra z węglem, śmiech dzieci odbijający się od starych murów, karty uderzające o stół podczas brydża. I ludzie.

Ludzie, którzy przeżyli Syberię, Workutę, Monte Cassino, Powstanie Warszawskie, roboty przymusowe w Niemczech i potrafili po tych wszystkich doświadczeniach stworzyć wspólnotę w jednym starym domu przy ulicy Żeromskiego. To nie była tylko willa. To był  Konstancin w pigułce. I właśnie dlatego warto ocalić jego historię, zanim odejdą ostatni świadkowie tamtych lat.

Willa „Anna” obecnie. Fot. ModernizacjeRoku.

Opracowano  podstawie wspomnień Bogdana Rowińskiego. Czarnobiałe zdjęcia z początku lat 70. ze zbiorów. P. Brzezińskiej.


Jeśli ktoś może uzupełnić powyższe informacje, zidentyfikować osoby widniejące na fotografii lub może podzielić się jakimś wspomnieniem z nimi związanym, bądź posiada inne dokumenty  wspomnienia na ten temat, którymi może się podzielić, prosimy o wpis w komentarzu lub na facebooku lub nadesłanie wiadomości na maila archiwa@okolicekonstancina.pl

2 thoughts on “Willa „Anna” – świat, którego już nie ma

  1. Doskonale pamietam ten obiekt zabytkowy ., jak wiele innych na terenie Konstancina. Fachowo I merytorycznie napisana historia kolejnego obiektu wpisanego w rejestr zabytków. Z wyrazami szacunku Piotr

  2. Piękne wspomnienia. Przechodziło się obok niemal codziennie nie wiedząc, że w tej willi zamknięty został Konstancin w pigułce.
    Dziękuję za ten tekst.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *