Rys historyczny od redakcji: Poniższy artykuł Wojciecha Guszkowskiego dotyczy nie istniejącej już osady na terenie dawnej cegielni oborskiej, gdzie obecnie znajduje się wybudowane w połowie lat 90. XX w. osiedle ELSAM. Cegielnia założona została w 1898 r. przez hr. Władysława Melżyńskiego i Michała Trębickiego jako część przedsięwzięcia związanego z tworzeniem letniska Konstancin. Jej pierwszymi robotnikami zostali dotychczasowi pracownicy cegielni dworu w Oborach działającej w pobliskim lesie nieopodal folwarku Teresin. Otwarto ją w lipcu 1898 r., a 12 sierpnia 1898 r. uruchomiono bocznicę kolejki wilanowskiej. W kolejnych latach właścicielami cegielni „Obory” została rodzina Potulickich, a w 1931 r. po śmierci hr. Henryka Potulickiego do 1938 r. wydzierżawił ją przedsiębiorca Mojsze Szpajzman, zmieniając jej nazwę na „Konstancin”. W tamtym okresie była drugim po papierni w Jeziornie największym zakładem przemysłowym na terenie gminy, zatrudniając ponad 230 pracowników. Większość z nich mieszkała w tutejszej osadzie, bowiem jak wynika ze spisu powszechnego utworzona w 1933 r. gromada Cegielnia-Obory liczyła w latach 40. łącznie z mieszkańcami folwarku Marynin 211 osób. Od 1938 r. właścicielem cegielni byl Stanisław Plebański, który przywróćił nazwę cegielni „Obory”. Po II wojnie światowej cegielnię znacjonalizowano, działała w niezmienionych warunkach co najmniej do drugiej połowy lat 70., następnie wygaszono dotychczasową działalność. Bocznicę kolejki zlikwidowano już w 1952 r. Na początku lat 90. teren sprzedano spółdzielni ELSAM, a osada przyfabryczna opisywana poniżej przestała istnieć. Dotychczasowi mieszkańcy opuścili dawne zabudowania, na miejscu których powstały nowe domy.

————————————-
Mały świat ludzi, którzy budowali Konstancin
Niewielu mieszkańców naszej gminy wie, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu, przy drodze prowadzącej z Konstancina do Góry Kalwarii, tętniła życiem niewielka osada robotnicza. Nie znajdziemy jej na pocztówkach ani w przewodnikach turystycznych. Nie była miejscem, do którego przyjeżdżali kuracjusze ani letnicy. Była domem ludzi ciężkiej pracy – strycharzy, palaczy pieców i robotników zatrudnionych w Cegielni Oborskiej, należącej niegdyś do majątku hrabiów Potulickich.To właśnie z tej cegielni przez dziesięciolecia wyjeżdżały tysiące cegieł, z których powstawały okoliczne domy, wille Konstancina i wiele budynków na całym Mazowszu. Dla właścicieli dóbr oborskich była ważnym przedsiębiorstwem, a dla mieszkańców – miejscem codziennej pracy i źródłem utrzymania.
Osada powstała tuż przy drodze prowadzącej do Góry Kalwarii. Od strony szosy widać było dwa długie, parterowe czworaki. Były to skromne, otynkowane budynki kryte papą, z niewielkimi kominami i prostymi drewnianymi drzwiami. Nie zachwycały architekturą, ale dawały dach nad głową blisko dwustu mieszkańcom, którzy w okresie największego rozwoju tworzyli niewielką, ale bardzo zżytą społeczność. Przed wejściami ustawiono drewniane ławki. Wieczorami siadali na nich sąsiedzi wracający z pracy. Rozmawiali o wszystkim – o cegielni, pogodzie, zbiorach w ogródkach, dzieciach i codziennych sprawach. Nikt nie zamykał się za drzwiami. Życie toczyło się na zewnątrz.

Po drugiej stronie drogi znajdował się prosty przystanek PKS. Dla wielu mieszkańców był jedynym połączeniem z Konstancinem, Warszawą czy Górą Kalwarią. Obok działał niewielki sklepik. Nie miał bogatego asortymentu, ale można było kupić chleb, cukier, naftę, mydło, zapałki i inne produkty potrzebne w codziennym życiu. To właśnie tam spotykali się mieszkańcy wracający z autobusu lub wybierający się do pracy. W centrum osady znajdowała się wspólna studnia. Od rana rozbrzmiewał stuk metalowych wiader i skrzypienie pompy. Kobiety czerpiące wodę wymieniały wiadomości z ostatnich dni. Ktoś zachorował, komuś urodziło się dziecko, ktoś wrócił z wojska. Tutaj informacje rozchodziły się szybciej niż gazeta. Za czworakami rozciągały się niewielkie ogródki. Rosły w nich ziemniaki, marchew, cebula, kapusta i buraki. Prawie każda rodzina hodowała kury lub króliki, a obok domów stały drewutnie i niewielkie komórki gospodarcze. Nic się nie marnowało. Życie było skromne, ale dobrze zorganizowane.
Dopiero za osadą, po lewej stronie, zaczynał się teren Cegielni Oborskiej. Nad piecami unosiły się smugi dymu, na placach suszyły się świeżo uformowane cegły, a między nimi kursowały wózki z gliną. Zapach wilgotnej ziemi i wypalanej cegły był tu codziennością. To właśnie rytm cegielni wyznaczał rytm życia całej osady. Gdy rano rozlegały się pierwsze odgłosy pracy, mieszkańcy wychodzili z domów. Wieczorem wracali zmęczeni, często z butami pokrytymi gliną, która była nieodłącznym elementem ich codzienności. Dzieci biegały po poboczu drogi, grały w piłkę i chowały się między komórkami. Latem pomagały rodzicom w ogródkach, zimą lepiły bałwany i zjeżdżały z pobliskich pagórków. Dla nich ta niewielka osada była całym światem.

Dziś trudno uwierzyć, że właśnie tutaj tętniło życie blisko dwustu osób. Cegielnia zamilkła, wiele budynków zniknęło lub zmieniło swoje przeznaczenie, a po dawnych mieszkańcach pozostały przede wszystkim wspomnienia.
Historia naszej gminy nie składa się wyłącznie z pałaców, okazałych willi i znanych nazwisk. Tworzyli ją również zwyczajni ludzie, którzy każdego dnia ciężko pracowali, wychowywali dzieci i budowali swoją małą ojczyznę. Osada przy Cegielni Oborskiej była właśnie takim miejscem – skromnym, ale pełnym życia, sąsiedzkiej życzliwości i codziennej pracy. Warto o niej pamiętać, bo bez tych ludzi historia Konstancina-Jeziorny byłaby po prostu niepełna.
W odpowiedzi na apel autora na facebooku pojawiły się następujące wspomnienia (opisywane wydarzenie miało miejsce najpewniej około 1976 r., bowiem jak wynika ze zdjęć lotniczych w tym roku wysadzono zakład):

Piotr Grochulski: Szedłem z moim Dziadkiem Stefanem na spacer do lasu wysypaną żużlem polną drogą, dzisiejszą ulicą Sobieskiego. Na wysokości dzisiejszej ulicy Królowej Marysieńki zatrzymali nas żołnierze i kazali wejść do sadu Zachariasiewicza. Tam była taka skośna ścieżka od skrzyżowania z Wilanowską do tzw. Polanki (dzisiaj posesja Walterów), wydeptana chyba przez dzieci z Obór idące do szkoły. Tam stała wojskowa ciężarówka i było dużo żołnierzy. Mięliśmy widok na betonowe ogrodzenie punktu skupu żywca i składu materiałów budowlanych, usytuowanego na terenie dzisiejszego Elsamu przy polnej drodze wysadzonej brzozami (ul. Od Lasu) od dzisiejszej ulicy Sobieskiego gdzieś tak do wylotu leśnej przecinki, dzisiejszej ulicy Gąsiorowskiego. Za tym punktem skupu stał komin Cegielni Oborskiej, dla mnie w tym czasie konkurencja dla komina fabrycznego. Zatrzymano nas, bo komin był właśnie wysadzany. Pamiętam cichy huk, komin się trochę uniósł, następnie złamał w połowie, „złożył” i zniknął za wspomnianym ogrodzeniem, a wniebo poszła chmura pyłu. No i poszliśmy dalej, ale cały dzień i następne były pełne emocji, że widziałem „prawdziwy” wybuch.
A sklep, taki obskurny pawilon z pustaków miał jedną olbrzymią zaletę. Był tam w sprzedaży napój gazowany „Złota Rosa”, którego nie było na Grapie ani u Zosiek, ani u Bandyry, ani w Samie na Sobieskiego, ani w zieleniaku przy dzisiejszym Malborku. Ani Pod Dębem, ani w zieleniaku „na Konstancinie”, czyli w miejscu, gdzie dzisiaj stoi lokomobila z Obór. Jeździłem z Dziadkiem rowerem (ja na bagażniku) do sadu moich Dziadków w Słomczynie, i w Cegielni był przystanek „na Złotą Rosę” – dla mnie największa atrakcja takiego wyjazdu.
Ryszard Mendala: A ja jeszcze pamiętam boisko do piłki nożnej mieli jakąś drużynę. Oczywiście dołki po wykopanej glinie pełne wody, które póżniej zasypywano tłuczonym szkłem z Zelosu. Pożar jednego z dwóch domów. Okolica raczej zapomniana przez Boga.

W latach 1979-2025 nauczyciel historii szkół podstawowych na terenie gminy Konstancin-Jeziorna, wychowawca, organizator, przewodnik, instruktor harcerski, twórca uczniowskiego klubu turystycznego „Traper”.

Sąd zachariasieeicza służył nam za „zaopatrzenie”
W jabłka 🍎, jeszcze w latach 60 jeździliśmy wagonikami zapatrującymi pięć w glinę do startego wyrobiska. Zabawa była ryzykowna bo wagoniki miały tendencję do wywracania się. Pamiętam, że do klasy chodziła ze mną koleżanka o imieniu Monika, której dziadek był właśnie owym właścicielem sadu.
Z dużym sentymentem przeczytałem artykuł o osiedlu strycharzy. Wynika to z faktu, że moje dzieciństwo było mocno związane z nim związane. Na tym osiedlu (popularnie mówiło się „na Cegielni”) mieszkali moi dziadkowie ze swoimi córkami, wśród których była moja przyszła Mama. Dużo czasu spędzałem u dziadków, razem z innymi dziećmi chodziliśmy do cegielni, przypatrywać się pracy przy wyrobie cegieł. Praca strycharza (nazywanego też ceglarzem lub cegielnikiem) polegała na ręcznym wyrabianiu i formowaniu cegieł z gliny. Najpierw wyrabiano odpowiednią masę z gliny, piasku i wody, aby uzyskać właściwą plastyczność. Cegły formowano poprzez narzucanie miękkiej gliny rękami do prostokątnej formy ułożonej na tzw. ladzie strycharskiej posypanej piaskiem. Następnie ścinano nadmiar gliny za pomocą specjalnej drewnianej listewki (deseczki) zwanej strychulcem (od tego narzędzia pochodzi nazwa zawodu) a czynność ta nazywana była strychaniem (strychowaniem). Tak uformowane surowe cegły wysuwano z form i przenoszono pod zadaszenie do wyschnięcia, co zajmowało kilka tygodni. Później wysuszone cegły układano w piecu i wypalano (mój dziadek pracował jako „piecowy”). W późniejszym czasie w cegielni pojawiła się „maszyna”, która z wysuwającej się po taśmie grubej wstęgi gliny odcinała równe cegły. Wyrobiska po glinie były zalewane wodą, tworząc „stawy”, w których kąpaliśmy się. Trzeba było bardzo uważać, bo brzegi glinianek były bardzo strome i można było się zsunąć do głębokiej wody. Woda w niektórych gliniankach była czysta i pełna ryb, jak np. staw „Za stajnią”, w innych woda była mętna (mówiło się „idę do kawy”). Inne niezalane glinianki służyła nam za okopy przy zabawie w wojnę czy w podchody.
I jeszcze jedno wspomnienie z Cegielni. W niedzielne popołudnie dzieciaki wyglądały na czarną drogę i nasłuchiwały dźwięku dzwonka. Na swoim rowerze z głośnym dzwonkiem przyjeżdżał Pan Ziętek. Na bagażniku roweru miał skrzynkę z suchym lodem, z której sprzedawał najwspanialsze na świecie lody– duże kostki lodów waniliowych, z dwóch stron zamknięte chrupiącym waflem. Smaki dzieciństwa…
I jeszcze jedna wątpliwość – może ktoś pomoże. Jak pamiętam, to moja rodzina mieszkała na piętrze czworaka, bliższego cegielni. Na załączonym do artykułu zdjęciu tego piętra nie widać – czy to ono spaliło się we wspomnianym pożarze?