89 lat życia, 72 lata pracy
Od pewnego czasu chodziła za mną myśl, żeby odwiedzić pana Jana Cibickiego i po prostu z nim porozmawiać. Nie o fryzurach ani o modzie, lecz o ludziach i o Skolimowie, który pamięta sprzed kilkudziesięciu lat. Rzemieślnicy tacy jak on są często najlepszymi świadkami historii. Przez ich zakłady przewijają się całe pokolenia mieszkańców. Słyszą rodzinne opowieści, są świadkami codziennych trosk i radości, a z biegiem lat sami stają się częścią historii miejsca, w którym żyją i pracują.
To nie jest zwykły zakład fryzjerski. Wiem, że brzmi to jak początek reklamy, ale każdy, kto choć raz tam był, doskonale rozumie, o czym mówię. Wystarczy przekroczyć próg i człowiek od razu czuje, że znalazł się w miejscu, które od lat żyje własnym rytmem. Nie ma tu błyszczących ekranów, modnych foteli ani muzyki płynącej z głośników. Są za to stare lustra, drewniane półki, suszarki pamiętające inne czasy i dyplom mistrzowski wiszący na ścianie. Nie zwraca na siebie szczególnej uwagi, ale właśnie na nim zatrzymałem wzrok najdłużej.
Przypomniało mi się, jak przed laty wyglądała droga do zdobycia tytułu mistrza. Dzisiaj wiele zawodów można opanować w kilka miesięcy, a nawet nauczyć się ich z filmów w internecie. Dawniej było inaczej. Najpierw uczeń przez długi czas tylko patrzył i pomagał. Później zostawał czeladnikiem. Dopiero po latach pracy mógł myśleć o egzaminie mistrzowskim. Taki dyplom nie był ozdobą gabinetu. Był dowodem, że człowiek zna swój fach i bierze za niego odpowiedzialność.

Usiadłem z boku i przez kilka minut nic nie mówiłem. Chciałem po prostu popatrzeć. Pan Jan pracował, a w poczekalni siedziało trzech klientów. Jeden czytał gazetę. Drugi wyglądał przez okno. Trzeci od czasu do czasu wtrącał jakieś zdanie do rozmowy. Pomyślałem, że w dzisiejszych czasach to coraz rzadszy widok. Nikt nie patrzył nerwowo na zegarek. Nikt nie przewijał telefonu. Widocznie tutaj człowiek nie przychodzi tylko po strzyżenie.
Zagadnąłem siedzącego najbliżej starszego pana.
– Długo pan tu przychodzi?
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
– Chyba z sześćdziesiąt lat będzie.
Zaśmiałem się.
– To pan Jan musiał pana strzyc jeszcze jako chłopca.
– No właśnie tak było. Ojciec mnie przyprowadzał.
Po chwili do rozmowy włączył się drugi klient.
– Wie pan, ja mam fryzjera bliżej domu. Nawet dwóch. Ale jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby zmienić pana Jana.
To zdanie zostało mi w pamięci.
Nie dlatego, że było wyjątkowe. Właśnie dlatego, że było zwyczajne. Tak mówi się o ludziach, do których ma się zaufanie.
Pan Jan przez cały ten czas pracował. Odniosłem wrażenie, że podobnych rozmów słucha codziennie. Nie przerywał. Nie komentował. Od czasu do czasu tylko uśmiechał się pod nosem.
Kiedy wreszcie usiadłem obok niego, zacząłem od najprostszego pytania.
– Panie Janie, ile lat pracuje pan jako fryzjer?
– Siedemdziesiąt dwa.
Powiedział to tak spokojnie, że przez chwilę nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Dopiero po chwili pomyślałem, że właściwie nie pytam już fryzjera. Rozmawiam z człowiekiem, który pamięta niemal całą powojenną historię naszego miasta.

Nasza rozmowa potoczyła się bardzo naturalnie. Okazało się, że w młodości wcale nie planował zostać fryzjerem. Uczył się zawodu hydraulika. Gdy przyszła zima i pracy zabrakło, ciotka poradziła mu, żeby spróbował czegoś innego. Posłuchał. Pewnie ani ona, ani on sam nie przypuszczali, że decyzja podjęta przed tyloma laty okaże się wyborem na całe życie.
Słuchając pana Jana, przypomniałem sobie opowieści mojego ojca o dawnych rzemieślnikach. Szewc, piekarz, zegarmistrz czy fryzjer byli wtedy kimś znacznie więcej niż usługodawcami. Znali swoich klientów, ich rodziny, ich historie. Kiedy ktoś przez kilkadziesiąt lat pracuje w jednym miejscu, siłą rzeczy staje się kronikarzem swojej okolicy.
Zapytałem, czy pamięta pierwszych klientów.
Zaśmiał się.
– Wszystkich nie.
Ale po chwili zaczął wymieniać nazwiska. Jedno, drugie, trzecie. Niektórych już nie ma. Inni są na emeryturze. Jeszcze inni przyprowadzają dzisiaj własnych wnuków.
I właśnie wtedy zrozumiałem, że ten niewielki zakład fryzjerski jest czymś więcej niż miejscem pracy. Tutaj przez ponad siedemdziesiąt lat przewinęło się kilka pokoleń mieszkańców Skolimowa. Jedni przychodzili przed pierwszą komunią, inni przed ślubem, jeszcze inni przed ważną rozmową o pracę albo rodzinną uroczystością. Dla każdego była to zwykła wizyta u fryzjera. Dopiero po latach okazuje się, że z tych zwyczajnych wizyt ułożyła się historia naszego miasta.
Kiedy wychodziłem, dzień powoli dobiegał końca. Ostatni klient pożegnał się, drzwi zamknęły się cicho, a pan Jan zaczął porządkować swoje stanowisko pracy. Starannie odłożył nożyczki, złożył pelerynę i zgasił światło. Przez chwilę stał jeszcze przy fotelu, jakby sprawdzał, czy wszystko jest na swoim miejscu. Pomyślałem wtedy, że jutro rano znów otworzy drzwi, powie pierwszemu klientowi „dzień dobry” i będzie pracował tak samo jak wczoraj, rok temu i kilkadziesiąt lat wcześniej.
Wracając do domu, przypomniałem sobie słowa jednego z klientów: „Pan Jan jest tylko jeden”. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że nie chodziło wyłącznie o dobrego fryzjera. Chodziło o człowieka, który swoją codzienną, cichą pracą stał się częścią historii Skolimowa. Takich ludzi trudno zastąpić. Jeszcze trudniej opisać. Dlatego uznałem, że warto spróbować, zanim ta historia stanie się już tylko wspomnieniem.

W latach 1979-2025 nauczyciel historii szkół podstawowych na terenie gminy Konstancin-Jeziorna, wychowawca, organizator, przewodnik, instruktor harcerski, twórca uczniowskiego klubu turystycznego „Traper”.
