“Świteź” na Urzeczu – 1924 r.

Wybieramy się w podróż z Władysławem Grzelakiem i jego czterema kompanami (m.in. Wacław Samol) w rejs na dębowej łodzi czterowiosłowej “Świteź”. Popłyniemy Wisłą od Oświęcimia do Gdańska (9-28 lipca 1924 r.). Oczywiście w trakcie podróży  nie możemy ominąć naszego Urzecza… Jest 10 lipca 1924 r.:

“Świteź” u ujścia Wilgi, 1924 r.

[…] Wkrótce zjawiły się na widnokręgu trzy wyniosłe baszty zamku Czerskiego. Załoga długo nie mogła ich wyminąć. Zdawały się posuwać krok w krok za łódką. W znacznym oddaleniu, widniały wciąż naprzeciwko. Tylko obracały się powoli, jak nakręcony model na wystawie sklepowej. Najpierw ukazała się południowa ściana okazałego zamczyska, potem wschodnia, wreszcie — północna… To Wisła, olbrzymim lukiem opływała Czersk z daleka. Przed wielu laty płynęła tuż pod zamkiem. Teraz oddaliła się prawie o trzy kilometry… Oddaliła swój bieg od Czerska tak, jak oddalił się stamtąd bieg zdarzeń… A przecież — kwitneło w nim życie, zanim książęta Mazowieccy przenieśli swą stolicę do Warszawy. Najazdy Szwedów, Kozaków i Siedmiogrodzian za Jana Kazimierza zniszczyły starożytny gród Mazowsza. Zniknęły bez śladu latoroślą winne, zasadzone z rozkazu królowej Bony, często przebywającej na zamku. Zniknęły słynne, czerskie piwa i sukna, zniknęła świetność zamku. Porzucił go nurt rzeki i nurt życia. Pozostała cisza. Pozostały w spadku po Wiśle rozległe łąki i… piaski Mazowsza. Pozostały imponujące baszty i grube mury, którymi zaopiekowało się Towarzystwo opieki nad zabytkami przeszłości. Z opłat za wejście pobieranych od wycieczkowiczów, gromadzi ono fundusze na konserwację pamiątki. Szczęśliwe ruiny Czerska— bo czuwa nad niemi stolica! A ileż jest w kraju podobnych ruin, których czas, nędza i zapomnienie już bardziej zniweczyć nie mogą?

Czersk widziany od strony Wisły. Fot. Stanisław Sowiński, 1910/1914 r. (pocztówka)

“Świteź” płynie łożyskiem piaszczystym, o brzegach niskich, w którym:

I dni całe i noce

Wisła pędzi, bełkoce

Zrywa sasanki z łąk,

Ku warszawskiej gna stronie.

………………………………………..

A w “Świtezi” chłopaki,

Niby kaczki, wód ptaki

Szemrzą wiosły, jak skrzydeł lot…

(Teofil Lenartowicz)

Już mijają Górę Kalwarię, założoną w końcu XVII wieku przez prymasa Wierzbowskiego na wzór Kalwarii jerozolimskiej. Biskup Ignacy Krasicki w swych wrażeniach z podróży, nazwał Górę Kalwarię miastem wielkopiątkowemu posiadającym dom Piłata, dom Heroda, most przez Cedron, lecz bez rzeczki. Poza tym:

Domki szczupłe, tych niewiele,

A zaś kościół przy kościele,

Zgoła Wszystko niezamożne,

Pusto, głodno lecz pobożnie.

Czersk widziany od strony Wisły, 1915 r. (“Tygodnik Ilustrowany”)

Widocznie jowialny książę poetów stanisławowskich doznał tu uczucia głodu, bo na zakończenie zwraca się do miasteczka: życzę tobie najgoręcej, mniej kościołów, karczem więcej. Liczne kaplice, kościoły i klasztory nie mogąc, po śmierci fundatora, utrzymać się wśród ubogiej ludności miasteczka i okolicy, opustoszały i uległy zniszczeniu. Imitacja fragmentu Jerozolimy o tyle się prymasowi udała, że w latach późniejszych, miasteczko zasłynęło, jako wielkie zbiorowisko Żydów, ze sławnym cadykiem-cudotwórcą, do którego pielgrzymują pobożni wyznawcy z całego kraju.

Łódka, zwolniwszy biegu, zatoczyła półkole i przywarła do brzegu w sąsiednim Moczydłowie. Wioślarze wylądowali na ostatni przed Warszawą postój, w miejscowości znanej z wielokrotnych odwiedzin. Moczydłów bowiem — to do niedawna ulubione letnisko komendanta. Tutaj, dzielny i rozważny sternik załogi “Świtezianej”, przez wiele lat, używał z rodziną wywczasów wakacyjnych, tutaj przyjmował gościnnie wycieczki kolegów klubowych, tutaj, na obfitych w ryby terenach wodnych, dawał ujście swej pasji wędkarskiej… Tutaj poczuł się teraz, prawie jakby w domu… Poszedł natychmiast do schludnej zagrody gospodarza Barana, którą jeszcze w roku ubiegłym częściowo odnajmował, aby zamówić u Baranowej jaką gorącą strawę i przysłać na oddalony brzeg chłopca do pilnowania łódki.

Gdzieś na Wiśle, mal. nieznany (pocztówka pocz. XX w.)

Tymczasem, niebo pociemniało od nawału chmur, a ze wschodu nadciągała straszliwa burza z grzmotami i wichurą. Niebawem jej pierwszy poryw począł szarpać drzewa, łamać gałęzie i miotać liście. Ach, jakby się teraz przydała załodze jakaś strzecha, daszek, lub choćby parasol! Niestety, żadnej chaty nie było w pobliżu. Obie zmiany okryte dwoma kocami przytuliły tedy się do… rozłożystej topoli. Deszcz lał długo, i jak z cebra, a wiatr smagał zimnem… Koce tak przemokły, jak gdyby je kto w Wisłę zanurzył. Po burzy wioślarze wyżymali z nich wodę strugami, szczękając z zimna zębami i pocieszając się:

– Całe szczęście, że dzisiejszej nocy nie będziemy zmuszeni okrywać się nimi… Czekają nas wygodne łóżka we własnych mieszkaniach!

– O, widać chłopca na drodze! Chodźmy już na wieś! Trzeba odświeżyć fizjognomie i ogolić brody, żeby jakoś po ludzku zaprezentować się na przystani!

– Ale zziębliśmy—no! Baranowa pewno już tam przygotowała smaczny i zdrowy posiłek! Rozgrzejemy się wnet!

Czersk widziany od strony Wisły. Fot. Zdzisław Marcinkowski, 1930 r. Za polona.pl

Około godziny trzeciej odbiła “Świteź” od Moczydłowskiego wału. Zasłony ciężkich chmur znowu rozwlekły się po niebie, i po chwili wznowiły siew wody. Dokuczliwy, przygnębiający deszcz padał już do samej Warszawy, jak gdyby chciał obrzydzić wędrowcom dalszą podróż do Gdyni. Zasępiona, ponura Wisła płynęła od niechcenia.

Zmoknięta załoga, dla rozgrzewki, puszcza się w zawody z… parostatkiem. Przoduje prawie godzinę, wreszcie — zmęczona, pozwala się wyprzedzić. Łódka rozpędziła się w wyścigu. Zdyszani wioślarze przejęci emocją nierównej walki mkną dalej na całą parę…

Niedaleko Karczewia nurt Wisły wyprawia jakieś niesamowite harce. Burzy się w cieśninie między lądem a mielizną, skręca, uderza o brzeg i zawraca gwałtownie, wydając złowrogie pomruki. Rybacy z brzegu przesyłają załodze jakoweś sygnały, coś mówią, wymachują rękoma… Zapewne ostrzegają przed zasadzką skłębionej Wisły. Coś tam czyhało na “Świteź”… Może chochliki wodne? Może złośliwe wilkołaki i topielce zmówiły się na jej zgubę? Może chciały, na progu rodzinnego miasta, wciągnąć turystów w niezgłębione odmęty?

Ale “Świteź” posiadała sternika doświadczonego na przebytej trasie. Spostrzegł w porę niebezpieczeństwo i zrozumiał czym ono grozi… Wyprężył sznur od steru ze wszystkich sił i błyskawicznym zwrotem wymknął się z nastawionych sideł!

W pobliżu, na mieliźnie — ugrzązł natomiast statek. Więc “Świteź” wyminęła go z uczuciem wyższości i dumy. Uciekła daleko, ścigana zazdrosnym wzrokiem pasażerów i nie dała się wyminąć aż do przystani klubowej. Triumf maleńkiej “Świtezi” nad olbrzymem wiślanym był atrakcją ostatnich godzin wiosłowania i osłodą jazdy wśród ulewnego deszczu.

“Świteź” na Wiśle (w pobliżu Modlina), 1924 r.

Oto ujście Świdra płynącego z pod Stoczka i Parysowa, przez Kołbieł i Otwock… Po przeciwnej stronie — komin Jeziorny, Suche Trawy, karczma wioślarska w Oborach, a dalej Miedzeszyn, Zawady, Wilanów… Szlak taki znany, bliski, tylekroć przemierzony wiosłami…

Z za węgła, pokrytego kępą słynnych oleandrów, odsłania się nagle wspaniała panorama stolicy… Olbrzymia, spiętrzona masa murów… Nieprzerwany ciąg gmachów i wież… Tak imponującego widoku, stworzonego ręką ludzką, nie widziała jeszcze Wisła w swoim biegu od Baraniej… Pod tymi murami stojąc:

Ileż razy, z daleka od pałaców gwaru,

Patrzałem upojony siłą twego czaru,

Wisło, rodzinna wodo, jak na twym przestworze

To sieć rybacka duma, to ognisko gorze…

(Teofil Lenartowicz)

Nieznośne rózgi deszczowe tną dalej. W “Świtezi” woda wzbiera. Maluczko — a będziemy pływać… Łódź na rzece, a wioślarze w… łodzi. Jakiś zagorzały wioślarz-skifista odbywa trening. Poza tern pusto dokoła i… mokro. Na krańcu pół tysiącznego dystansu: Oświęcim — Gdynia, niebiosa zesłały spłukanym wodniakom ostatnie, pożegnalne i najobfitsze potoki wody. Wodnisty finisz na półmetku:

— No, chłopcy, trzymajcie się! Warszawa patrzy! Równo, spokojnie… Hop! Raz… […]

 

Władysław Grzelak urodził się w 1896 r., wioślarz, współtwórca polskiej turystyki wodnej, działacz Polskiego Związku Towarzystw Wioślarskich (kierownik referatu turystycznego), jeden z założycieli Polskiego Związku Kajakowego (tu kapitan sportowo-turystyczny), działał w jego komisji technicznej. Autor kilku książek poświęconych turystyce rzecznej.

 

Źródło: W. Grzelak, Łódką z biegiem Wisły. Wspomnienia z wycieczki wioślarskiej, Warszawa 1930, ss. 216-221

Może ci się także spodobać...