Imberfal zamarzł. Choć nie jest to niczym nadzwyczajnym – wszak takie rzeczy zdarzały się w przeszłości niejednokrotnie – to zimowa aura w ostatnich latach zdążyła nas odzwyczaić od widoku jazu na Jeziorce skutego lodem. Trzeba przyznać, że wygląda on w tej scenerii bardzo malowniczo, a sople i bryły lodu nagromadzone w miejscu, gdzie przywykliśmy oglądać przelewającą się wodę, zachęcają do uchwycenia tego niecodziennego widoku na fotografii.
Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że znaczna część mieszkańców Konstancina-Jeziorny, niezależnie od tego czy się tu urodzili, spędzili większość życia, czy też sprowadzili się niedawno, myśląc o naszym imberfalu lub słysząc pierwszy raz tę nazwę zastanawiała się skąd ona się wzięła i co właściwie oznacza. Przyznam że ja, pomimo iż znam ją od dziecka z rodzinnych przekazów i przyjmuję jako coś oczywistego, ilekroć myślałem o tej budowli, zawsze miałem z tyłu głowy powyższe pytanie. Przeglądając dziś zdjęcia ze spaceru, postawiłem je sobie po raz kolejny. Swego czasu w internecie miejscowi miłośnicy historii wskazywali, iż „nazwa imberfal weszła do użycia po 1954-58 gdy wybudowano jaz. Zdaje się że to zniekształcone określenie producenta tego rozwiązania lub jakiegoś określenia z dokumentów.” Mimo braku jednoznacznych rozstrzygnięć, padło w tym zdaniu bardzo istotne sformułowanie – „zniekształcone”. Słowo-klucz, które okazało się dla mnie punktem zwrotnym w dalszych poszukiwaniach.

Szukając źródłosłowu dla określenia „imberfal” typowym pierwszym odruchem zdaje się być próba budowania tej nazwy wokół słowa podstawowego „fala”. Jest to o tyle naturalne, że wyraz jest nam znany, brzmi swojsko, a jego znaczenie wpisuje się z grubsza w luźne skojarzenia związane z wodą. Zatem – jak się wydaje – nie może w tym być przypadku. Siłą rzeczy próbujemy więc iść tą drogą i poszukiwać etymologii w języku polskim. Tymczasem takie rozumowanie niechybnie zaprowadzi nas na manowce.
Mniej więcej od czasów tzw. drugiej rewolucji przemysłowej, która rozpoczęła się w II poł. XIX wieku, postęp techniczny gwałtownie przyspieszył. Tempo rozwoju nauk ścisłych i przyrodniczych w tym okresie osiągnęło poziom nienotowany nigdy wcześniej w historii ludzkości. Towarzyszył temu równie szybki rozwój techniki, dzięki któremu niemal z roku na rok pojawiały się kolejne wynalazki i osiągnięcia, które, stosunkowo prędko wchodząc do powszechnego użycia, w szybkim tempie zmieniły naszą cywilizację. Położenie i sytuacja geopolityczna naszego kraju w owym czasie sprawiała, że poziom rozwoju technicznego społeczeństwa był znacznie zróżnicowany i ogólnie odbiegał od poziomu państw wysoce uprzemysłowionych. Pomimo nielicznych, choć niezaprzeczalnych osiągnięć naukowców polskiego pochodzenia i ich wkładu w dokonujący się wtedy postęp cywilizacyjny, praktyczna inżynierska realizacja postulatów nauki w postaci wdrożeń rozwiązań technicznych do użytku, odbywała się w pierwszej kolejności w krajach uprzemysłowionych w zachodniej części Europy – Anglii, Francji, później do tego grona dołączyły również Prusy, czyli późniejsze Niemcy. Jakkolwiek pompatycznie by to nie zabrzmiało, fakt jest taki, że postęp techniczny przyszedł do nas z zachodu. Właściwie aż do II wojny światowej inżynierskiego rzemiosła uczyliśmy się korzystając z doświadczeń i osiągnięć naszych zachodnich kolegów po fachu. Jednym z efektów ubocznych tego stanu rzeczy było, że oprócz samych maszyn i urządzeń, w naturalny sposób przyswajaliśmy napływające wraz z nimi techniczne słownictwo. Niewiarygodne tempo rozwoju sprawiało, że język – choć zmienny – nie nadążał za ewolucją obiektów, które miał identyfikować. Jednocześnie istniała oczywista silna społeczna potrzeba słownego określenia nowych zjawisk i urządzeń – z początku wśród naukowców zajmujących się daną dziedziną, później inżynierów i techników, a w końcu także zwykłych użytkowników. Naturalną konsekwencją było więc rozwiązanie najprostsze, którym na ogół okazywało się adaptowanie wszelkiego rodzaju określeń, zapożyczeń i kalek strukturalnych z języków, które zdążyły już te określenia wypracować. Gros takich przypadków stanowiły wyrazy pochodzenia niemieckiego, które stopniowo przenikały na wschód przez obszary niemieckiego zaboru. Wiele z nich miało charakter tymczasowy i albo dość szybko zostały zastąpione rodzimymi określeniami, albo działo się to stopniowo – bądź to przez rozszerzenie znaczeń już funkcjonujących wyrazów (tzw. przesunięcie semantyczne), bądź też przez tworzenie neologizmów. Inne przetrwały do dziś.

W mechanice płynów, czyli nauce która opisuje zasady, jakim podlega ciecz będąca w ruchu lub w stanie równowagi, funkcjonuje pojęcie przelewu (niem. Überfall). Gdy na drodze strumienia cieczy wstawi się w poprzek przegrodę, to w wyniku działania grawitacji i różnicy wysokości wytworzy się przed tą przegrodą lokalne spiętrzenie (podniesienie poziomu) cieczy. Dzieje się tak, ponieważ ciecz zawsze dąży do stanu równowagi, który objawia się wypoziomowaniem jej powierzchni. I właśnie to spiętrzenie nazwa się przelewem. Teoria przelewów stanowi podstawę obliczeń konstrukcyjnych przy projektowaniu wszelkiego typu budowli piętrzących (choć nie tylko – ma zastosowanie również w obliczeniach wodociągów, a także np. odwodnienia dachów). Wskutek tego z pojęciem tym można się spotkać także w hydrotechnice, przy czym w tym kontekście mianem przelewu określa się zwyczajowo ten fragment przegrody ustawionej na drodze strumienia, przez który przelewa się spiętrzona woda. A zatem mówiąc o przelewie, z jednej strony rozumie się samo zjawisko fizyczne, z drugiej zaś fragment rzeczywistej konstrukcji. I tu dochodzimy do sedna, gdyż to właśnie drugie z przytoczonych znaczeń należy uznać za słowotwórczą podstawę dla bohatera tego wpisu. Biorąc pod uwagę warunki pracy przelewu (rozumianego jako konstrukcja) podyktowane położeniem dolnego zwierciadła wody, można je podzielić na przelewy nie zatopione, zwane też zupełnymi (niem. vollkommener überfall) i zatopione, czyli niezupełne (niem. unvollkommener überfall). Do pierwszej grupy zaliczamy te, w których poziom dolnego zwierciadła wody nie ma wpływu na strumień wody przepływający przez przelew. W przeciwieństwie do tego, w przelewach zatopionych dolna woda oddziałuje na spiętrzenie powyżej krawędzi piętrzącej. To rozróżnienie jest kluczowe dla zrozumienia, z jakim jazem mamy do czynienia. Zanim jednak do tego dojdziemy, należy wyjaśnić w tym miejscu, czym właściwie jest jaz (niem. Wehr). Autor „Poradnika budowy jazów” z 1920 roku [1], tak wyjaśnia istotę tej budowli wodnej:
„(…) jest to przegroda wstawiona w łożysko wody płynącej. Stanowiąc przeszkodę przepływu, spiętrza wodę, skutkiem czego wytwarza się powyżej jazu głębszy zbiornik wody, ułatwiający odprowadzenie jej z rzeki zapomocą (sic!) kanałów, rowów, lub rur. Nadto skutkiem spiętrzenia możemy wodę wprowadzić do kanałów w wyższym poziomie, a przez to wytworzyć, względnie zwiększyć możność wykonania przez wodę pracy mechanicznej, lub też ułatwić rozprowadzenie jej po terenie. Dalszem wreszcie zjawiskiem, jakie wykonanie jazu na rzece lub potoku wywołuje, jest zmniejszenie wahań stanów wody na jazie i w przestrzeni powyżej jazu położonej”.

Jaz jest więc budowlą hydrotechniczną, służącą do piętrzenia wody w rzece lub kanale, w celu utrzymania jej stałego poziomu. Nadrzędną pierwotną funkcją konstrukcji zbudowanej na Jeziorce było zaopatrzenie w wodę papierni – produkcja papieru jest procesem ogromnie wodochłonnym. Obiekt ów posiada cztery ruchome, płaskie zasuwy zamykające odpływ wody, które pozwalają utrzymać stały poziom piętrzenia niezależnie od przepływu wody w rzece (oczywiście tylko do pewnej określonej wartości granicznej przepływu). Jazy, które posiadają ruchome zamknięcia, są jednocześnie budowlami spustowymi, o czym mieliśmy sposobność przekonać się kilka lat temu, gdy na potrzeby prac serwisowych spuszczona została woda ze stawu św. Jana. Do prowadzenia ruchomych zasuw służy pięć betonowych filarów ustawionych w korycie rzeki pod kątem prostym do jej nurtu. Filary te przenoszą także obciążenia wywołane parciem wody na zasuwy. W górnej partii filarów zamontowane są wciągarki łańcuchowe służące do podnoszenia zasuw. Ich obsługa odbywa się z poziomu kładki serwisowej, biegnącej na całej długości konstrukcji, która w świetle wynosi ok. 23 m.
Jeśli wziąć pod uwagę sposób przepływu wody przez jazy, mogą być one budowane w dwóch zasadniczych odmianach. Pierwszą z nich jest jaz przelewowy (niem. Überfallwehr), w którym przy normalnych stanach wody przelew ma charakter zupełny. Oznacza to, że korona (niem. Wehrkrone) w tego typu obiekcie leży ponad dolnym zwierciadłem wody. Z takąż konstrukcją mamy do czynienia w przypadku obiektu na Jeziorce – to jednoznacznie wskazuje, że nazwa „imberfal” odnosi się właśnie do tej cechy. Odmiennym typem jest jaz zatopiony (niem. Grundwehr), znamienny tym, że korona leży poniżej zwierciadła dolnej wody (jest zatopiona).

W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję. Gdy w latach 50. XX w. stawiano jaz na Jeziorce, w powszechnym użyciu były już zwroty „przelew” i „jaz przelewowy”. Jednak gdy cofniemy się w czasie do II połowy XIX wieku, to zetkniemy się w literaturze z bardziej archaicznym wyrażeniem. W poradniku regulacji rzek z 1880 roku czytamy: „Jazy przewałowe, czyli przewały, przy których woda, wezbrawszy aż do górnego kraju czyli krawędzi jazu przewala się przez wierzch na całej jego długości” [2]. To tłumaczy nieco przewrotny tytuł niniejszego wpisu, ale też pokazuje, że wspomniane na początku skojarzenie z falą, choć pozorne, to wcale nie było tak odległe, jak się to mogło wydawać. „Fala”, która przyjęła się w języku polskim w XVI wieku, oznacza to samo, co używane dawniej staropolskie słowa: „wełna”, „wał”, „przewał” [3].
Każde rozwiązanie zagadki historycznej powoduje, że stojącą za nią historię odziera się nieco z odium tajemniczości. Na szczęście jednak w takich przypadkach w miejsce każdej odpowiedzi szybko pojawiają się kolejne pytania. Niezwykle interesujące wydaje się dlaczego ta spolszczona, można by rzec gwarowa, wersja niemieckiego określenia Überfall odnosi się wyłącznie do jazu w Jeziornie, a nie ogólnie do każdego jazu typu przelewowego. Nie sposób bowiem odnaleźć w żadnym zakątku kraju innego przykładu na występowanie tej nazwy. Podobnie, nie udało mi się dotrzeć do polskojęzycznej literatury technicznej, w której byłyby widoczne ślady używania tego określenia w przeszłości. Oznacza to, że określenie „imberfal” nie przeniknęło do powszechnego języka w sposób opisany wcześniej jako typowy dla innych zapożyczeń językowych z zakresu branżowej nomenklatury technicznej. Wygląda raczej na lokalną osobliwość kulturową. Zatem, choć znamy już etymologię, wciąż jeszcze nie wiemy w jaki sposób nazwa ta przybyła w nasze strony. Czy rzeczywiście pojawiła się w jakichś dokumentach z okresu budowy jazu? Raczej wątpliwe, gdyż lata 50. były okresem intensywnego rugowania wszelkich nazw niemieckiego pochodzenia i zastępowania ich polskimi odpowiednikami. A może jest to pozostałość językowa, która przetrwała na tych terenach jako ślad po niegdysiejszej obecności osadników niemieckich? Ta hipoteza, choć pozornie kusząca, od razu niesie ze sobą istotną sprzeczność. Bowiem gdyby tak było, to można się spodziewać, że mianem imberfalu powinny były być określane w przeszłości wszystkie podobne urządzenia budowane na tym terenie. Tymczasem nazwa ta, niczym nazwa własna przylgnęła wyłącznie do tego konkretnego obiektu. Żadne przesłanki nie wskazują, by takim mianem była określana podobna budowla regulacyjna, spełniająca tę samą funkcję, ulokowana dawniej na wysokości Parku Zdrojowego. To, że dziś w gronie lokalnych historyków mówi się o tejże jako o „małym imberfalu” jest wszak pojęciem wtórnym, zbudowanym w ostatnich latach wyłącznie poprzez wsteczną analogię do obecnie istniejącego jazu.

Zatem skąd i kiedy przywędrowała w nasze strony ta osobliwie brzmiąca nazwa i co sprawiło, że Überfall stał się znanym nam, nieco „zniekształconym” w wymowie imberfalem? Czy były to tylko procesy fonetyczne? Cóż, na to pytanie nie podejmuję się odpowiedzieć. Mam jednak nadzieję, że tak jak dla mnie niepozorny post w internecie stał się impulsem do odnalezienia źródeł tej nazwy i odpowiedzi na pytanie czym właściwie jest imberfal, tak samo ten wpis zainspiruje kogoś do dalszych poszukiwań.
Przy okazji, na zakończenie warto wspomnieć jeszcze o jednej sprawie. Otóż bardzo często jaz mylnie jest określany mianem zapory. Dotyczy to oczywiście nie tylko naszego imberfalu. Nie zagłębiając się w szczegóły techniczne, warto więc w tym miejscu przypomnieć jak skutecznie odróżnić od siebie te dwie budowle: otóż jazy, w przeciwieństwie do zapór, przegradzają tylko koryto rzeki, a nie całą dolinę, a dodatkowo przez koronę zapory nie przelewa się woda.
Literatura:
[1] Matakiewicz M., Budownictwo wodne, cz. 4. Budowa jazów. Biblioteka techniczna, t. 37, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Lwów 1920.
[2] Uderski E., O zakładach wodnych, wyd. nakł. autora, Sambor 1880.
[3] Brückner A., Słownik etymologiczny języka polskiego, Krakowska Spółka Wydawnicza, Kraków 1927.
Gerhardt P., Hilgard K., Mattern E., Rehbock T, Der Wasserbau. Bd. 2, Stauwerke. Abt. 1, Wehre und Fischwege, Handbuch der Ingenieurwissenschaften in fünf Teilen T. 3 , Verlag von Wilhelm Engelmann, Leipzig 1912.
Fotografia otwierająca tekst wykonana przez autora.
inżynier mechanik, pracownik Politechniki Warszawskiej. Z Jeziorną związany od dziecka, ćwierć-Urzeczanin w ósmym pokoleniu, wielbiciel rzeczy zardzewiałych, zgraciałych i zapomnianych.

Ja pamiętam z dzieciństwa, że na przełomie lat 50tych i 60tych ubiegłego wieku imberfalem nazywaliśmy właśnie tę metalową „budowlę regulacyjną” powstrzymującą wypływ wody na „Argentynę”, a o jazie w Jeziornie mówiliśmy „idziemy na tamę”.