Katastrofa lotnicza pod Piasecznem, czyli o czołgach, których nie było, choć wielu je słyszało, cz. 2

Na początek o przyczynach katastrofy. Specjalna komisja szybko zajęła się badaniem szczątków samolotu. Jako ewentualne przyczyny podawano na początku błąd pilota lub awarię przyrządów pokładowych. Szybko okazało się jednak, że wydobyte z wraku wysokościomierze okazały się sprawne. Po dalszych badaniach komisja uznała więc, że winny jest pilot, który w złych warunkach atmosferycznych zbyt nisko zbliżył się do ziemi. Zapewnienia kapitana Witkowskiego, że nie schodził poniżej 60 metrów nie zrobiły większego wrażenia na komisji.

Jak zwykle w podobnych wypadkach, wyjaśnienie przyczyn katastrofy było bardziej skomplikowane. Pomijając złe warunki atmosferyczne, do wypadku przyczynił się także kierownik lotów na Okęciu, który zbyt wcześnie wydał komendę: „słyszymy wasze motory”. Zgodnie z procedurami następowało wówczas dodatkowe zniżenie samolotu przed lądowaniem. Komenda ta nie doprowadziłaby jednak do katastrofy, gdyby nie było jednocześnie problemów z aparaturą umieszczoną w samolocie. Same wysokościomierze działały prawidłowo, jednak musiały mieć jeszcze odpowiednio ustawione ciśnienie. Według późniejszych ustaleń Kazimierza Chorzewskiego (1903-1977), pilota sportowego i doświadczalnego, a w 1937 roku kierownika ruchu lotniczego i specjalisty do spraw bezpieczeństwa lotniczego, z niewyjaśnionych powodów od wysokościomierzy został odłączony specjalny przewód wyrównujący ciśnienie wewnątrz kabiny i ciśnienie na zewnątrz samolotu. Dodatkowo, kiedy pilot po usłyszanej komendzie otworzył okienko (doskonale widoczne na załączonym we wcześniejszym poście filmiku), aby lepiej widzieć ziemię – wskazania wysokościomierzy zaczęły wariować. Jak wyjaśnia Chorzewski, „powietrze opływające z dużą prędkością kabinę samolotu wysysa po prostu część powietrza z wnętrza samolotu, powodując zmniejszenie ciśnienia w kabinie, jeżeli jest otwarte okno i nie jest doprowadzone ciśnienie wyrównujące. Zmniejszenie ciśnienia powoduje zatem zmianę wskazań wysokości”. Różnica wynosiła kilkadziesiąt metrów, czyli akurat tyle, aby samolot zaczepił o drewniany słup energetyczny.

Co zatem spowodowało, że kierownik lotów za wcześnie usłyszał odgłosy silników? Szybko okazało się, że nie były to motory zbliżającego się samolotu, lecz przypadkowo przejeżdżającej niedaleko lotniska kolumny pojazdów wojskowych. Traf chciał, że akurat tego dnia obchodzono rocznicę odzyskania Niepodległości, a w Warszawie odbywała się uroczysta defilada. Po południu 11 listopada uczestniczący w niej żołnierze wracali już do koszar.

Generalny Inspektor Sił Zbrojnych, marszałek Edward Rydz-Śmigły na defiladzie 11 listopada 1937 roku, w tle ciągniki artyleryjskie 7CP (zbiory NAC).

W ówczesnej prasie podawano wprawdzie, że ulicą Puławską jechały czołgi, jednak w następnych numerach pisano już, że były to wojska zmotoryzowane, a nie pancerne. Za gazetami bezkrytycznie wiadomość o czołgach jadących ulicą Puławską przekazali współcześni autorzy piszący o katastrofie samolotu. Garaże należące do 3 batalionu pancernego znajdowały się jednak w przeciwnym kierunku – na terenie Fortu Wola. Z punktu widzenia samej katastrofy, nie miało to najmniejszego znaczenia jakie pojazdy wprowadziły w błąd obsługę lotniska, można było jedynie poprawić procedury, aby do podobnego wypadku nie doszło w przyszłości. Jednakże osoby interesujące się historią regionu powinny wiedzieć jakie oddziały stacjonowały w najbliższej okolicy.

Dla porównania, tak wyglądały czołgi 7TP uczestniczące w defiladzie 11 listopada 1938 r.

W rzeczywistości ulicą Puławską do Góry Kalwarii jechała kolumna pojazdów z 1 pułku artylerii najcięższej (1 pan), jedynego tego rodzaju oddziału w armii II RP. Najmocniejszą bronią posiadaną przez ten oddział były 220 mm moździerze wyprodukowane w Czechosłowacji w zakładach Skody. Ponieważ były duże i ciężkie, do ich transportowania używano gąsienicowych ciągników artyleryjskich 7CP. Na jedno działo przypadały aż trzy takie ciągniki, które osobno ciągnęły: lufę o długości ponad 4 metrów, łoże i podstawę. Co ciekawe, była to broń ofensywna przeznaczona do niszczenia niemieckich umocnień w Prusach i na Pomorzu Zachodnim. Do wybuchu wojny armia polska posiadała do tych dział jedynie amunicję „półpancerną” przeznaczoną do niszczenia umocnień betonowych. Produkcję nowych rodzajów pocisków przeznaczonych do innych celów planowano rozpocząć dopiero pod koniec 1939 roku.

Te gąsienicowe ciągniki były projektowane równoległe z czołgiem lekkim 7TP. Według starszych opracowań pojazdy te miały takie same silniki i elementy podwozia, różniły się jednak przeznaczeniem oraz przede wszystkim opancerzeniem i uzbrojeniem. Według nowszych ustaleń ciągnik miał 6 cylindrowy silnik PZInż. 235 o pojemności 8550 cm3 i mocy 115 KM (86,6 kW), a czołg również 6 cylindrowy silnik Saurer CT1D (PZInż. 155), o pojemności 7980 cm3 i mocy 100 KM (73,6 kW). Dla przeciętnego obserwatora nie miało to jednak żadnego znaczenia i zazwyczaj wszystko co było zrobione ze stali, jeździło na gąsienicach, a na dodatek ciągnęło jeszcze za sobą ogromną lufę było nazywane czołgiem.

Wszystkim mającym ochotę obejrzeć ciągniki artyleryjskie w ruchu polecam fragment kroniki filmowej, możliwe, że nakręconej na jednym z poligonów znajdujących się pod Górą Kalwarią:

http://www.repozytorium.fn.org.pl/?q=pl/node/5814

Potwierdzeniem wersji o ciągnikach jest także osoba wspominanego w prasie kapitana Kłody, który miał dowodzić żołnierzami jadącymi Puławską i udzielić pierwszej pomocy poszkodowanym w katastrofie.

Rudolf Juliusz Kłoda, syn Franciszka, urodził się 17 kwietnia 1900 roku. Był zawodowym oficerem artylerii. Służył między innymi we wspomnianym 1 pułku artylerii w Górze Kalwarii. Nie wiem jeszcze jaką funkcję pełnił w 1937 roku, lecz dwa lata później był kierownikiem warsztatu parku samochodowego. Odznaczony był Krzyżem Niepodległości, Krzyżem Walecznych i Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Wracając jeszcze do katastrofy lotniczej, Mieczysław Witkowski, kapitan feralnego lotu został ostatecznie uniewinniony od zarzutów spowodowania katastrofy. Po długiej rehabilitacji wrócił do latania. W czasie wojny pilotował samoloty w Anglii, później wrócił do kraju, gdzie pracował w „Locie” do 1950 roku jako pilot i instruktor.

I jeszcze na koniec zdjęcie z Piaseczna – ciągnik C7P przed sklepem Roszkiewiczów na ul. Sienkiewicza w Piasecznie. Według oryginalnego podpisu przedstawia “czołg przejeżdżający ul. Sienkiewicza, IX 1939”.

Zdjęcie z kolekcji Jerzego Duszy, Muzeum Regionalne w Piasecznie

Dawid Miszkiewicz

mail: chyliceiokolice@gmail.com

Może ci się także spodobać...