W czas zarazy

Zaczęło się z początkiem roku 1802, gdy w Gassach zaczęło padać bydło. Początkowo nikt nie widział powodu do niepokoju, jednak gdy liczba padłego pogłowia zwiększyła się, burgrabia dworu w Oborach poinformował hrabiego Michała Potulickiego, na którego barki Urszula Potulicka scedowała w ostatnich latach swego życia zarządzanie tutejszym majątkiem. Jasne było, że na wieś spadła zaraza.

Choć w dzisiejszych czasach wydawać nam się może trywialne, dla współczesnych takie nie było. W owym czasie tereny Polski i ówczesnej Europy często nawiedzały różne epidemie. Część z nich przenosiła się ze zwierząt na ludzi. Nie znano wówczas ich przyczyny, a do przenoszenia chorób przyczyniał się nie tyle brak higieny, co brak wiedzy o bakteriach, zarazkach i zakażeniach. Dopiero w połowie XIX wieku jeden z wiedeńskich chirurgów wprowadził miał mycie rąk, co traktowano w środowisku lekarskim jako fanaberię i spotkało się z licznymi skargami kolegów po fachu. Od czasów starożytnych dostrzegano jednak związek między kontaktami chorych ze zdrowymi, stąd też wiadomo było, iż za zaraźliwe choroby odpowiada powietrze i stosowano kwarantannę. W Europie wiele doświadczeń zebrano w tym zakresie podczas niesławnej czarnej śmierci w XIV wieku. Jednak nawet w miastach włoskich, mimo izolacji za murami miast, ograniczania zgromadzeń i przepisów sanitarnych zmarło wówczas 40% populacji. Na rozległych terenach kwarantanna zaś była niemożliwa, bowiem wymagała kordonów sanitarnych, paszportów zdrowia, rozbudowanej biurokracji i regularnych wojsk. Takie nowoczesne rozwiązania przyniósł dopiero wiek XVIII. W Warszawie usypano wówczas w roku 1770 z polecenia marszałka Stanisława Lubomirskiego słynne wały, które odcięły miasto regulując dostęp do niego przez rogatki. Wciąż jednak nie rozumiano etiologii chorób. Choć ograniczano przepływ ludzi i towarów, nie zwracano uwagi na podstawowych nosicieli, czyli gryzonie i insekty. Podejmowane naprędce zabiegi sanitarne z reguły ograniczały się do przeganiania ubogich, palenia wonności oraz wybijania zbłąkanych zwierząt.

Granica prusko-austriacka na Wiśle, 1802 r.

W przypadku epidemii w Gassach sytuacja przebiegała jednak zupełnie inaczej. Michał Potulicki był naukowcem i przyrodnikiem, członkiem Towarzystwa Warszawskiego Przyjaciół Nauk. W Oborach prowadził w owym czasie eksperymenty naukowe z dziedziny obecnej chemii i biologii, chyba jako pierwszy na ziemiach polskich wysunął tezę, iż bursztyn wywodzi się żywic roślinnych. Przygotowywał także podręcznik z historii naturalnej, którego zachowany rękopis wskazuje iż zapoznał się z publikacjami dotyczącymi ówczesnej wiedzy przyrodniczej. Wiedział więc co należy czynić, a w sukurs przyszła mu administracja pruska. W roku 1804 dobra oborskie położone były bowiem wskutek postanowień III rozbioru na terenie Prus na Wiśle granicząc z Austrią, w której znajdował się Karczew. We wsi Gassy ulokowano pruską komorę celną, we wsi Przewóz Karczewski znajdował się z kolei austriacki posterunek graniczny.

Na wieś o zarazie do zarządzono wstępną izolację wsi. Zaalarmowane przez hrabiego pruskie władze skierowały do wsi swojego przedstawiciela. „Fizyk” dr Krauss dotarł do wsi 10 lutego 1802 roku i zorientowawszy się w liczbie padłych sztuk bydła, natychmiast podtrzymał decyzję hrabiego. W życie wcielono obowiązującą na terenie Prus instrukcję z dnia 29 sierpnia 1797 roku, na jej podstawie wdrożono kordon sanitarny. Zgodnie z wydanymi poleceniami zarządzono „nikt do tej wsi dostać się nie mógł, aby wszystkie drogi prowadzące do tej wsi i koło tej wsi były wartami osadzone, żeby też warty dzień i noc nieustannie stały, pilnując ściśle by nikt do wsi Gassów nie wszedł ani z niej nie wyszedł”. O kwarantannie powiadomiono Austriaków, którzy ustanowili posterunki w Przewozie, pilnując aby zaraza nie przedostała się do Karczewa. Pamiętajmy bowiem, iż miejsca te łączył prom, w tamtych czasach stanowiący najważniejsze połączenie drogowe obu brzegów wiślanych, bowiem mostów praktycznie nie było. Biegła tędy jedna z głównych dróg, stąd i pewnie w ten sposób zawleczono zarazę…

Gassy współcześnie

Krauss wydał także inne polecenia, aby „bydło zdechłe ma być natychmiast wywleczone w miejsce odległe od pól i tam zakopane ze wszystkim i ma być dać znane dymem, aby można było donieść dworowi”. Do połowy lutego padło bowiem 29 sztuk bydła. Tutaj także kryło się zagrożenie, które w dzisiejszych czasach trudno nam dostrzec. Hodowla krów stanowiła w dobrach oborskich dalece rozwiniętą gałąź dochodu, gdyby zaraza się rozniosła równałoby się to upadkowi gospodarki dóbr i miałoby daleko idące skutki ekonomiczne. Liczba 29 padłych sztuk świadczy o gwałtowności zarazyi powadze sytuacji, bowiem była to większość bydła we wsi. W roku 1790 odnotowano go tutaj 33 sztuki, liczba w roku 1802 zapewne byłą podobna, bowiem pogłowie odbudowywano po niszczycielskim marszu Rosjan w roku 1794. Jednak na folwarkach oborskich i w innych wsiach dóbr liczba krów i wołów szła w setki, zatem zagrożenie było realne.
Nie zapomniano oczywiście o mieszkańcach Gassów odciętych we wsi wojskowym kordonem. Hrabia Michał zobowiązał się, „aby tej wsi mąki ani żywności nie brakowało dobra oborskie biorą na siebie obowiązek”. O ile środki zaradcze wprowadzono niezwykle sprawnie, rzecz jasna nie obeszło się bez paniki. Pruskie wojsko musiało interweniować we wsi Jeziorna Królewska, bowiem na Jeziorce mieszkańcy tej wsi ustawili barykadę i „zaczęli czynić ludziom z dóbr oborskich gdy jechali do Warszawy”. Landrat pruski urzędujący w Czersku, jako że jego kompetencje kończyły się na granicy rzeki wraz z granicą powiatu czerskiego, musiał poprosić o pomoc swojego odpowiednika z Warszawy. Tym bardziej, że gdy udrożniono ruch przez Jeziornę mieszkańcy dóbr wilanowskich we wsi Powsin i Wilanów zaczęli czynić podobne trudności, nie chcąc przepuszczać przybywających z dóbr oborskich.

Epidemię udało się opanować. Niestety nie wiemy co było jej przyczyną. Ocalało kilka sztuk bydła, na którym stosowano „recepty fizyka powiatowego Baucha”. Trudno powiedzieć czy zaraza ustała sama z siebie, czy też te tajemnicze medykamenta okazały się skutecznie.
11 marca 1802 roku landrat powiatu czerskiego oficjalnie powiadomił komorę celną „w Karczewiu” o zaprzestaniu „zamknięcia” Gassów. Oczywiście zgodnie z najlepszą rodzącą się właśnie tradycją biurokratyczną, Austriacy zażądali oficjalnego pisma, w celu „uświadomienia” o powyższym, bo bez tego nie zamierzali nikogo przepuszczać.
Izolacja z pewnością przyczyniła się do ustania zarazy. W tamtych czasach jej wprowadzenie było z pewnością dużo łatwiejsze niż obecnie.


Źródła:

  • AGAD, Obory
fb-share-icon0

Może ci się także spodobać...