Niebo nr 7

Iwo zadzwonił do Emmy z telefonu w gabinecie ojca, w warsztatach papierni. Był podekscytowany jakimś znaleziskiem, a to zwykle oznaczało dobrą zabawę. Niewiele myśląc wsiadła na rower, zjechała wzdłuż rzeki aż do jazu a potem odbiła na chwilę do Jeziorny, żeby zgarnąć Jerzyka. Już razem pojechali Spacerową i przez most kolejowy. Czekali teraz na rogu Jeziorańskiej i Natansona, przed główną bramą fabryki papieru w Mirkowie. Był koniec lipca, z nieba lał się żar, gorący asfalt wydawał się parować, więc schronili się w cieniu starych drzew rosnących wzdłuż ceglanego budynku zakładowego ambulatorium. Fabryka papieru szumiała, grzmiała, pogwizdywała i turkotała, a z obu kominów buchał biały, przejrzysty dym. W perspektywie ulicy przetaczał się pociąg z węglem.

Iwo wymaszerował przez furtę na portierni i pomachał im rulonem zwiniętego papieru.

– Ale bombę znalazłem, nie uwierzycie! Tata powiedział, że sam nie jest pewien, skąd to się wzięło. Leżało w jakimś biurku przy takim nieczynnym piecu.

– Co to? – zaciekawiła się Emma, kiedy usiedli w parku przed kościołem, osłonięci przez gęste drzewa od lipcowej spiekoty. Woda w kanale fabrycznym cicho szemrała, przetaczając się przez próg pod mostkiem.

– Otóż wyjaśnienie skąd się wziął ten rurociąg od fabryki do Spacerowej – Iwo z dumą rozłożył dużą kartę papieru – Ojciec pozwolił mi zrobić ksero, oczywiście oryginalnego planu by nie dał, bo przecież… – wyjaśnił. Patrzyli dość długo, próbując się zorientować, o co chodzi, wreszcie Iwo przesunął dłoń, którą dotąd zasłaniał legendę i objaśnienia u dołu planu.

“Osiedle Pod Skarpą, Jeziorna Robotnicza, planowany zakres zabudowy”.

Mapa, wyrysowana oryginalnie pewnie na papierze technicznym lub kalce, przestawiała szereg budynków. Dłuższą chwilę trwało, zanim zorientowali się, gdzie się znajdują, czy też – gdzie się miały znajdować – zanim doczytali nazwy okolicznych ulic.

– Między Saneczkową a Pocztową są pola – mruknął Jerzyk. Wziął plan do ręki i obejrzał go pod światło, jakby szukając jakiś tajnych wskazówek. – No cóż, to nie są runy księżycowe – mruknął wreszcie – ale zawsze coś – pokazał palcem na wypisane na maszynie u dołu planu litery “Data opracowania: 06.1978. Data realizacji: 2. kw. 1980.”

– Coś nie poszło, cokolwiek to miało być – Emma wyciągnęła się wygodnie na ławce.

– To bloki mieszkalne. Takie, jak na Ursynowie. Zobacz, “wielka płyta” – pokazał palcem Iwo – To tania technologia, tymczasowa i raczej bez polotu. Ale za to dostępna.

Emma przeciągnęła się.

– Rozumiem, że teraz pojedziemy na wygon oglądać miejsca, gdzie nie ma osiedla robotniczego, prawda? – spojrzała na chłopców, odgarniając włosy z oczu. Obaj jak na komendę energicznie pokiwali głowami. – Niech wam będzie, ale proszę, nie jedźmy po torach. Nie cierpię jeździć po torach!

Pojechali więc Bankową, wzdłuż kanału. Emma na swojej czerwonej damce, Jerzyk na niebieskim składaku, a Iwo stojąc na bagażniku u Jerzyka i balansując tak, aby nie wylądować w wodzie, płynącej tuż obok pobocza. Skręcili przy Górnej Papierni, przejechali po koronie jazu a potem groblą przez rozlewiska na północnym brzegu i ulicą Wąską wśród rzadkiej, rezydencjonalnej zabudowy dotarli do trakcji kolejowej z Okęcia do fabryki papieru i do Elektrociepłowni Siekierki. Stali przed opuszczonymi szlabanami z grubej, pomalowanej w biało-czerwone pasy rury i patrzyli, jak przetacza się skład z węglem, który wydawał się nie mieć końca. Wagony niknęły zaraz za drugim składem, wypełnionym po brzegi makulaturą, stojącym na jednej z wielu bocznic wielotorowego rozjazdu stacji Jeziorna. Wreszcie ostatnia węglarka zjechała z przejazdu, światła zgasły a szlabany jakby mozolnie dźwignęły się do góry. Emma ruszyła, patrząc pod nogi, żeby nie wjechać w przerwy w betonowych płytach między szynami. Potem zerknęła na drogę przed sobą i coś jej się nie zgadzało.

– Ej, chłopaki, od kiedy w tym miejscu jest asfalt… – zaczęła i uniosła głowę. Iwo i Jerzyk stali jakby skamienieli i patrzyli na pola. Albo raczej w miejsce, gdzie dotąd przez kilkanaście lat ich życia zawsze były pola. Jara i ozima pszenica, jęczmień, rzepak, gryka, zagony przetykanie pasami drzew, biegnące aż pod skarpę w kierunku Klarysewa. A nad wszystkim górowała odległa o niecały kilometr dzwonnica kościoła Świętej Bożej Rodzicielki Maryi. I faktycznie, dzwonnica o charakterystycznym, geometrycznym, nowoczesnym kształcie nadal widoczna była na tle letniego nieba. Tyle, że wznosiła się za osiedlem bloków z wielkiej płyty.

Wzdłuż torowiska, oddzielona od niego wysokim płotem z betonowych płyt, biegła wyasfaltowana ulica, przy której stało kilka samochodów. Jeszcze przedwczoraj, kiedy jeździli tu wieczorem rowerami, była to zwykła bita droga, a od trakcji kolejowej oddzielał ją rów, nad którym leżały starty zapasowych szyn. Po drugiej stronie biegł szpaler bloków z wielkiej płyty, klatki schodowe wychodziły na chodnik z betonowych płyt z rzadkimi latarniami. Na pierwszym z nich wymalowany wprost na ścianie wielki napis głosił “Pod skarpą 5”. Poprowadzili rowery w stronę rzeczonej skarpy i zobaczyli balkony; większość metalowych balustrad przepleciona była pasami tworzywa, układając się w kolorową, kakofoniczną mozaikę na tylnej ścianie bloku. Balkony wpatrywały się w identyczne, należące do stojącego nieopodal kolejnego, identycznego bloku. Na trawniku pośrodku znajdowała się piaskownica, zjeżdżalna i duże metalowe drabinki, gdzie bawiło się kilkoro dzieci. Wzdłuż budynków nasadzone były młode, najwyżej kilkuletnie drzewka.

W oniemieniu szli dalej, docierając za kolejnym blokiem do skrzyżowania. Granatowa tablica z białym napisem obwieszczała, że to spotkanie ulic Saneczkowej i Pod Skarpą. Na narożnym bloku dostrzegli zresztą wymalowany wielkimi literami wprost na betonowej ścianie dość jeszcze wyraźny biały napis “Pod Skarpą 10”. W perspektywie ulicy – bardziej nawet alei, szerokiej, z chodnikami po obu stronach i pasami trawnika i kwietników przed budynkami – mogli spojrzeć daleko w głąb osiedla. Długie, jednakowe bloki stały aż do Pocztowej. Poszli wolno wzdłuż ulicy, mijając Trafo i altanę śmietnikową, wymurowaną z układanej na ażur białej cegły. Przejechał czerwony fiat, a między blokami słychać było głosy dzieci bawiących się po drugiej stronie. Oniemieli prowadzili rowery i rozglądali się z zaciekawieniem na wszystkie strony. Bloki wydawały się stosunkowo nowe, co miało sens, biorąc pod uwagę dopisek na planie o roku 1980. Żywopłoty jeszcze niskie, a drzewka młodziutkie, nadal podwiązane do grubych tyk. W prześwicie między blokami widać było napowietrzny rurociąg, taki sam, jaki biegł z Mirkowa, nad rzeką i wzdłuż Spacerowej, a potem urywał się gdzieś na wysokości Garbarni.

Stanęli przed sklepem i po krótkiej wymianie zdań zostawili rowery i weszli do środka. Było… jakoś inaczej. Tak, jak bywa w wiejskich sklepikach na wakacjach gdzieś daleko od cywilizacji. Terakota i kafle na ścianach nowe, ale bardzo proste i raczej tanie. Półki z dykty i blat z płyty laminowanej, za którym stała korpulentna sklepowa w ortalionowym fartuchu w kwiaty. Patrzyła na nich nieufnie, tak, jak się patrzy na nieznajomych. Szczególnie intensywnie przyglądała się ich ubraniom, coś po cichu przebąkując pod nosem o współczesnej młodzieży. Wzięli trzy oranżady,  takie, jakich dotąd nie widzieli; inne butelki, inne etykiety. W sklepie nie było za dużo rzeczy, ale to, co było, wyglądało nieznajomo. Emma wyciągnęła z kieszeni dziesięciozłotowy banknot. Sprzedawczyni wzięła go do ręki, obejrzała z niedowierzaniem i poczerwieniała na twarzy.

– A co ty mi tu wciskasz, gówniaro?! – zaperzyła się. – Co to jest, przedwojenne pieniądze?! To w ogóle polskie jest?

– No, a jakie niby? Napisów pani nie widzi? – zdenerwowała się ruda, najpierw dokonując wizualnej inspekcji i upewniając się, że nie dała przypadkiem sklepikarce szwedzkich koron.

– Pani się nie denerwuje, pani Kozakowska – rozległ się głos za ich plecami. Między trójką przyjaciół przepchnął się chłopak, na oko niewiele starszy od nich. Był ubrany w porwane, obcisłe spodnie, czarną dżinsową kamizelkę wymalowaną białą i czerwoną farbą, a na głowie miał postawione na irokeza włosy. Wyjął spąsowiałej sprzedawczyni z ręki banknot, rzucił na ladę kilka monet, wziął jeszcze kilka butelek oranżady z plastikowej skrzynki, a potem zagarnął ich ramionami, wyprowadzając dość bezceremonialnie na zewnątrz.

– Łaaadne – powiedział, oglądając dziesięciozłotówkę Emmy, kiedy stali znów na zalanej ostrym słońcem ulicy. – I niby nasze, ale nie nasze… Co to, z teatru podróbki?

– Jakie podróbki, normalne banknoty! – zaperzył się Jerzyk. Tamten w odpowiedzi tylko się uśmiechnął i pokazał im zielonkawo-błękitny banknot z łysiejącym wojskowym z dawnych czasów i wielkim napisem „Polska Rzeczpospolita Ludowa”. Przekazywali go sobie z rąk do rąk, oglądając w osłupieniu.

– Józef Bem… – odczytał Iwo. – No, czyli część historii mamy wspólną…

– Skąd jesteście? Nie widziałem was tu nigdy, ani w ogóle w okolicy. I w sumie sądząc po ciuchach… Wyglądacie jak bananowa młodzież – zażartował punkowiec.

– Ja jestem… stąd, z Jeziorny – odparł butnie Jerzyk.

– Ta? Bo coś mi się słyszy, że może z ZSRR? – tamten pochylił się nieco i przypatrywał się Jurijowi uważnie, ale chyba bez złych zamiarów.

– Nie wiemy, co to jest ZSRR. – Emma postąpiła krok naprzód. – Zresztą to bez znaczenia. Ja mieszkam na Królewskiej Górze, a Iwo – wskazała na przyjaciela – w Skolimowie. Chodzimy do dwójki, a ty?

– Do trójki, na Argentynie. Ale bywam w Parku i w okolicy, a was bym na pewno nie przegapił…

– Na jakiej Argentynie? Czyli gdzie? – spytał Jerzyk. Punk machnął ręką wskazując z grubsza teren gdzieś za trakcją kolejową.

– W żydowskiej dzielnicy?

– Gdzie niby? – zdziwił się dla odmiany miejscowy. – Wiecie co? – podrapał się po głowie. – Chodźmy, nie ma co się zastanawiać.

Poprowadził ich między bloki i wkrótce stali pod osiedlowym trzepakiem, w wąskim przejściu między blokami. W dalszej perspektywie widać było skarpę i zagajnik, który rósł tam gdzie zawsze – ponad polami. Czy też, teraz, ponad osiedlem. Za nim znajdowała się ulica Tulipanów, a przynajmniej powinna się znajdować. Otoczyli ich przyjaciele nieznajomego, wszyscy w tym samym stylu – ciężkie buty, ciemne ciuchy z dziurami, dżins lub skóra i dziwne włosy. Jedyna dziewczyna w ekipie miała oczy pomalowane bardzo intensywnie na czarno, podgolone boki głowy i nabijaną ćwiekami obróżkę.

– Jestem Emma – ruda wyciągnęła pierwsza rękę. – A to moi przyjaciele, Jerzyk i Iwo.

Ich niespodziewany wybawca z monetarnych kłopotów używał ksywki Guma, jego przyjaciele przestawili się jako Bors, Janek i Żaba. Szybko odnaleźli wspólny język, bo mimo ewidentnych różnic i faktu, że – wszyscy to poczuli – pochodzą z różnych światów, to jednak wiele ich też łączyło. Ciężkie buty, skórzane bransoletki, rzemyki, wisiorki i przypinki z nazwami zespołów pozwoliły przerzucić pomost między załogami. A ze znajomo wyglądającego magnetofonu, który z jakiegoś powodu miał na obudowie napis „Kasprzak” zamiast „Elektrit”, leciała muzyka, którą trójka przyjaciół znała doskonale, tylko najwyraźniej w jakiejś innej wersji.

– Czemu on śpiewa „spytaj milicjanta”? – dociekał Iwo. – Przecież tam był „policjant”. To jakaś przeróbka? Cudze wykonanie?

– No gdzie – żachnęła się Żaba – przecież to jest SS-20, to ich własny kawałek.

Iwo spojrzał na nią z zaciekawieniem.

– Przecież oni się od dawna nazywają Dezerter…

Zaczął grzebać w spodniach nerwowo i po chwili wyciągnął kasetę. Pokazał ją miejscowym, którzy z podziwem przekazywali ją sobie z rąk do rąk, wyciągnęli z pudełka, rozłożyli wkładkę i studiowali listę utworów. W końcu Bors spojrzał najpierw na Emmę, potem na chłopaków i zapytał, czy mają tego więcej. Mieli, nie dużo, ale mieli. Osłupienie przerodziło się w zachwyt, potem w radość. Podał jej pudełko od swojej kasety. Innej, chociaż takiej samej. Zgadzały się nazwiska, twarze muzyków, utwory… Prawie wszystko, ale nie wszystko.

– Ja nie wiem, skąd wy jesteście – powiedział Guma – ale chyba z jakiegoś lepszego miejsca, bo… Kurde, wszystko to wygląda jakoś tak… bardziej? Więc nie macie tam u was Milicji Obywatelskiej?

– Nie – odparł Iwo. I była to pierwsza z bardzo wielu odpowiedzi, jakich przyszło im udzielić. Siedzieli pod trzepakiem, a potem zwróciwszy butelki do sklepu, przeszli się główną aleją osiedla, między czteropiętrowymi blokami z wielkiej płyty. Wylegiwali się w popołudniowym słońcu na trawnikach pod kolorowymi balkonami i bujali na łańcuchowych huśtawkach, aż ktoś ich przegonił krzykiem, każąc „wstrętnym łobuzom” zwolnić miejsce dla dzieci do zabawy. Słuchali muzyki z kaset, aż baterie wreszcie odmówiły dalszej służby. Niejedna skórzana albo pleciona bransoletka zmieniła właściciela, podobnie jak spora część przypinek znalazła zaczepienie w całkiem innej klapie. Iwo pokazywał miejscowej załodze swoje szkice – z ich miasteczka, ale jednak nie z ich miasteczka, bo czasem były to detale, ale czuć było, że ten świat jest inny. Wreszcie nadszedł zmierzch i między blokami zamigotały a potem zapaliły się zielonkawe latarnie. Wszyscy wyczuli, że nadszedł czas pożegnania.

– Chciałbym… Chcielibyśmy iść z wami, tam, skąd przyszliście – powiedział Guma, kiedy stali wszyscy na Saneczkowej, u stóp skarpy. – Chcielibyśmy, ale obawiam się, że to niemożliwe. A poza tym…

Na moment przerwał, jakby myśląc nad czymś intensywnie.

– Myślę, że skoro gdzieś tam istnieje lepsza Polska, w ogóle cały lepszy świat, to naszym obowiązkiem jest zostać tutaj i go zbudować – powiedział wreszcie. – Cholera, ale to zabrzmiało głupio!

– Ani trochę! – zaprzeczyła Emma. – To takie bardzo, sama nie wiem, odpowiedzialne? Idealistyczne?

Chłopak bąknął coś pod nosem i uśmiechnął się lekko. Uścisnęła go mocno; potem przytuliła Żabę. Chłopcy podali sobie po kolei ręce; uściski były mocne, poważne, jakby uroczyste. Iwo i Jerzyk wymienili się szybko spojrzeniami i bez wahania wręczyli ekipie z osiedla Pod Skarpą wszystkie kasety, jakie przy sobie mieli. Ociągali się z odejściem, ale wreszcie, prowadząc rowery, ruszyli wyasfaltowaną ulicą pod górę, w stronę Klarysewa. Czwórka punkowców stojąc na środku jezdni patrzyła, jak odchodzą. Kiedy stanęli już na szczycie skarpy Emma tupnęła, żeby otrząsnąć z butów piach. Obrócili się wszyscy troje jak na komendę. Nad częściowo już skoszonymi polami zapadał zmierzch. Bita polna droga biegła między łanami aż do przejazdu kolejowego. Dobrze widać było trakcję kolejową i zastawione wagonami bocznice, a dalej za nią światła miasteczka.

 

Maj 2025

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *