Bitwa o reflektor w Kabatach

Latem 1944 roku, gdy front wschodni zbliżał się do Warszawy, Niemcy przygotowali po lewej stronie Wisły system obrony przeciwlotniczej. Tworzyły go baterie artylerii pplot. oraz współpracujące z nimi gniazda reflektorów. Wraz z zapadnięciem zmroku obsługa zapalała je cyklicznie, omiatając wolno niebo. Gdy obcy samolot nadlatywał pod osłoną nocy, reflektor miał za zadanie wychwycić obiekt i go oświetlić. Wtedy kolejne natychmiast krzyżowały na nim swoje strumienie światła, wskazując w ten sposób cel dla artylerii. Na południe od miasta, począwszy od Czerniakowa po Chylice, co około 3,5 kilometra rozmieszczone były stanowiska reflektorów. Baterie dział przeciwlotniczych, stacjonowały w Wolicy przy skarpie pod Wilanowem i w Klarysewie na Górkach.

Niemiecki reflektor przeciwlotniczy, źródło: domena publiczna

Również w Kabatach, między obecnymi ulicami Jeża i Kuny, na początku lipca 1944 roku Niemcy ustawili reflektor przeciwlotniczy. Jak wspominał jeden z mieszkańców Kabat: „W niedzielę, jak z kościoła zdążyliśmy przyjść, wpadli Niemcy do domu i wygarnęli do kopania tych stanowisk. Niemiecki żołnierz, który nas nadzorował mówił po polsku ze śląskim akcentem: << Tu jest dużo lasów, chyba niedługo będzie gorąco >> ale nic na to nie odpowiadaliśmy.” Reflektor był zainstalowany w zagłębieniu, jako pozycja stała, a uzupełnieniem każdego stanowiska była radiostacja. Najpowszechniej stosowano model 150 cm Flak-Scheinwerfer 34, który mógł oświetlić cel oddalony o 8000 m. Reflektor połączony był kablem z agregatem prądotwórczym zasilanym 8-cylindrowym silnikiem spalinowym. Obsługę, tego ważącego 2 tony urządzenia stanowiła siedmioosobowa załoga.

Niemiecki reflektor przeciwlotniczy, źródło: domena publiczna

Na swoją kwaterę w Kabatach, niemieccy żołnierze z obsługi reflektora wybrali pobliskie zabudowania gospodarstwa Józefa i Katarzyny Karaszewskich. Tak się złożyło, że troje z piątki ich dzieci, to jest Józef (nosił to samo imię co ojciec), Edward i Adela już od 1942 roku brali czynny udział w konspiracji. Edward Karaszewski zginął jeszcze przed wybuchem Powstania Warszawskiego w niewyjaśnionych okolicznościach. Dopiero w latach 90-tych XX w. pojawiła się relacja z jego śmierci. Jeden z jego ówczesnych kolegów wyjawił, że Edward został przypadkowo postrzelony podczas zbiórki oddziału, która wyznaczona była na łąkach za Powsinem. Miały się tam odbyć nocne ćwiczenia w terenie. Kolega wystrzelił tak niefortunnie, że rana okazała się śmiertelna. Edward został pochowany potajemnie na cmentarzu w Powsinie, a uczestnicy tej zbiórki zobowiązani zostali pod przysięgą zachować wszystko w najgłębszej tajemnicy w obawie przed dekonspiracją.

Józef i Katarzyna Karaszewscy, źródło: archiwum rodzinne
Józef Karaszewski-syn „Wicher” trzeci od lewej, Adela Karaszewska „Burza” piąta od lewej, siedzi być może Edward Karaszewski, źródło: archiwum rodzinne

Józef Karaszewski „Wicher” i jego siostra Adela „Burza” działali w składzie plutonu 1706 Armii Krajowej, który grupował młodzież z Kabat, Powsina, Bielawy i Klarysewa. Dowódcą plutonu był ppor. Henryk Rybarczyk „Jesion” z Wilanowa. Las Kabacki i Kabaty w strukturach terenowych Armii Krajowej znajdowały się w obrębie 5 Rejonu „Gątyń”, który wchodził w skład VII Obwodu „Obroża” otaczającego pierścieniem całą Warszawę. Początkowo w chwili wybuchu Powstania Warszawskiego planowano, że miejscem koncentracji tutejszych oddziałów będzie Mirkowska Fabryka Papieru w Jeziornie. Jednak na skutek interwencji komendanta 5 Rejonu kpt. Mariana Bródki-Kęsickiego „Grzegorza” zostało to zmienione i powstańcy mieli zebrać się w Lesie Kabackim, by po połączeniu sformować batalion „Krawiec”. Jednym z zadań w pierwszej fazie powstania było zdobycie stanowisk reflektorów przeciwlotniczych. Działania te miały przynieść zdobycz w postaci broni i amunicji, której tak brakowało Polakom oraz umożliwić bezpieczne przejęcie oczekiwanych alianckich zrzutów lotniczych z pomocą dla powstańców.

Ppor. Henryk Rybarczyk „Jesion”, źródło: fb „Skolimów i okolice dawniej niż wczoraj”

W Kabatach dowódcą i instruktorem tutejszych drużyn AK, był inż. Romuald Zakrzewski „Wiktor”, który był jednocześnie leśniczym Lasu Kabackego. We wtorek 1 sierpnia 1944 roku, jeszcze przed godziną „W”, na jego rozkaz Władysław Bieliński „Orzeł, Aniela Warszywka-Janek „Łza” i Kazimiera Pyzel-Gołębiewska „Bez” przywieźli do leśniczówki, konną furmanką broń i amunicję z Klarysewa, gdzie na terenie Lecznicy Zwierząt przy ul. Mirkowskiej, w pomieszczeniach kuźni ukryty był zakonspirowany magazyn broni plutonu 1706. Pieczę nad nim sprawował starszy sierżant Michał Szlapański „Dziuba”, zastępca dowódcy plutonu 1706.

Inż. Romuald Zakrzewski „Wiktor”, źródło: archiwum rodzinne

Po godzinie 17.00 w dniu 1 sierpnia 1944 roku do Kabat, na teren leśniczówki i gajówki przy obecnych ulicach Rydzowej i Trakt Leśny (dawna Nowoursynowska), zaczęli przybywać powstańcy z różnych oddziałów. Jako jedni z pierwszych, przy gajówce kaprala Władysława Kabańskiego „Długi”, który oprócz funkcji gajowego był jednocześnie dowódcą drużyny w plutonie 1706, zameldowali się chłopcy i dziewczęta z Kabat.

Widok na zabudowania gajówki przy ul. Trakt Leśny/Rydzowa 1924 r., źródło: NAC

Zawiadomił ich kapral Karol Kiełbiewski „Notesik”, też dowódca jednej z drużyn. Zapisał on we wspomnieniach: „Tam sprawdzano obecność. Dwóch brakowało, Karaszewskiego i Słabika (Jan Słabik „Nygus”). Dostałem rozkaz i rower o ponowne zawiadomienie. W drodze spotkałem Słabika, który już podążał. Pojechałem do Karaszewskiego (Józef Karaszewski „Wicher”). Zastałem go na dole pod skarpą rozmawiającego z Niemcem pochodzącym ze Śląska. Gdy mnie zobaczył zrobił gest ręką, że już idzie i natychmiast mnie dogonił. Szliśmy razem i opowiadał mi, że omówił sprawę z Józefem (bo tak miał na imię ten Niemiec) i pójdziemy we trzech z ewentualnym zabezpieczeniem i zajmiemy ich. Po przyjściu do lasu to samo powtórzył dowódcy. Plan nie został przyjęty”.

Gajówka przy ul. Trakt Leśny/Rydzowa, źródło: Kasprzycki J. Majewski J.S. „Korzenie miasta” t.VI

Nie była to sytuacja odosobniona, podobną wspominał Jerzy Zubrzycki, powstaniec batalionu „Oaza” z Czerniakowa: „Pobiegłem na plac Bernardyński, bo było słychać strzały, ale było już po wszystkim. Reflektor został zdobyty, Niemcy wzięci do niewoli, chyba siedmiu Niemców było, mieli do nas pretensję, że myśmy do nich strzelali, bo oni podobno uzgodnili z kimś z naszych, że jakby w razie czego, to oni mają dosyć wojny, nie chcą już zabijać, nie chcą być sami zabici, że poddadzą się bez żadnej walki.”

Karol Kiełbiewski „Notesik”, źródło: archiwum rodzinne

Ci żołnierze niemieccy z obsługi reflektora, którzy kwaterowali w gospodarstwie Karaszewskich zachowywali się przyzwoicie i dlatego Józef Karaszewski „Wicher” nawiązał z nimi kontakt. Gdy dało się wyczuć, że wybuch powstania jest bliski, próbował nakłonić ich by poddali się dobrowolnie, ponieważ jak słusznie przypuszczał, będą celem ataku. Było to ułatwione, ponieważ wielu znało język polski. Jedna z relacji wspomina, że również dowódca, sierżant Wehrmachtu mówił po polsku. Czy to był wspomniany wcześniej Józef, nie wiadomo. Jest również wspomnienie, o tym że przestrzegali oni przed rozpoczęciem walk, mówiąc „Józiek, na co wy się porywacie”. Faktem jest, że dowódca batalionu „Krawiec” kpt. Antoni Dorożyński „Michał” odrzucił przedstawioną mu przez Józefa Karaszewskiego „Wicher” możliwość zajęcia reflektora. Czy gdyby się zgodził, Niemcy faktycznie by się poddali bez walki, pozostanie w sferze domysłów.

Władysław Kabański „Długi” drugi od lewej, źródło: archiwum rodzinne

Około godziny 22 zaczął padać ulewny deszcz i padał do rana dnia następnego. Powstańcy nocowali w gajówce i jej zabudowaniach gospodarczych. W tym czasie w Kabatach, jak wspominała Eugenia Kiełbiewska-Zakrzewska „Niki”: „W domu rodziny Warszywków w Kabatach znajdował się punkt szycia biało-czerwonych opasek powstańczych. Nocą razem z Zofią Warszywką (Zofia Warszywka-Gilniewska „Kruszyna”) robiłyśmy te opaski które przekazywałyśmy dowódcom”.

Eugenia Kiełbiewska-Zakrzewska „Niki” pierwsza z lewej, Adela Karaszewska-Kopyt „Burza” trzecia od lewej, źródło: archiwum prywatne

W tym samym czasie, późną nocą, zmęczeni i przemoczeni dotarli do Kabat powstańcy plutonu 1707 z Wilanowa. Było ich 25, a dowodził podporucznik Henryk Maciejewski „Lech”. Mieli za sobą nieudaną próbę ataku na wielokrotnie silniejszy oddział niemiecki stacjonujący w Pałacu i parku wilanowskim. Schronili się przed deszczem w stodołach stojących blisko lasu. „Lech” z częścią oddziału w gospodarstwie Józefa Pyzla, a pozostali u Józefa Janka. I tam spędzili noc.

„Oddział 4-ty” podpis oryginalny, w środku na dole Eugenia Kiełbiewska-Zakrzewska „Niki”, źródło: archiwum prywatne

Od świtu 2 sierpnia w okolicy gajówki i leśniczówki gromadziła się młodzież. Było ich ok. 250 osób. Byli pełni zapału, ale uzbrojenia było o wiele za mało. Rano, zaraz po apelu rozpoczęło się przygotowanie do ataku na stanowisko reflektora w Kabatach. Dawał on realną możliwość zdobycia broni. Karol Kiełbiewski „Notesik” wspominał: „Około godziny 8 zostałem wezwany do dowódców i dostałem rozkaz i zaklejoną kopertę, aby zanieść do dowódcy, który kwateruje u Pyzla w Kabatach i szybko przynieść odpowiedź. Odpowiedzi na piśmie nie dostałem tylko ustną i pędem pobiegłem z powrotem. Przy składaniu ustnej odpowiedzi, która brzmiała „My sami sobie damy radę”, usłyszałem też, że „My tu byliśmy pierwsi” zorientowałem się że chodziło o wspólne zaatakowanie.”

Kpt. Antoni Dorożyński „Michał”, źródło: Milczyński S. „Dziennik por. Gryfa”

Powstańcy z plutonu 1707 nie czekali na pomoc, tylko sami, zaraz z rana podęli samodzielną próbę ataku. Udało im się zająć samo stanowisko reflektora. Wzięli też do niewoli dwóch wartowników. Jednak świetnie uzbrojeni Niemcy, którzy przebywali na podwórku Karaszewskich, podęli skuteczną obronę. Było ich prawie dwudziestu, czyli niemal trzykrotnie więcej niż zwykła obsada, a murowane budynki dawały dobrą osłonę. Gdy kilku powstańców zostało rannych, z uwagi na szczupłość sił i brak amunicji ppor. Henryk Maciejewski „Lech” dał rozkaz do odwrotu. Potłukli jeszcze szybę reflektora i prowadząc jeńców oraz trochę zdobytej broni wrócili na kwaterę. Niebawem wyruszyli do Lasu Kabackiego i ok. godziny 11.00 zameldowali się na miejscu zgrupowania. Tam ppor. „Lech” złożył raport dowódcy batalionu „Krawiec” kapitanowi Antoniemu Dorożyńskiemu „Michał” o przebiegu pierwszej próby rozbicia załogi reflektora.

ppor. Henryk Maciejewski „Lech” poległ na Mokotowie 30 sierpnia 1944 r., źródło: NAC

Kolejny atak poprowadził podporucznik Stanisław Milczyński „Gryf”. Sam zgłosił się do wykonani tego zadania. W akcji wzięło udział ok. 40 powstańców, specjalnie dobranych i jak na możliwości powstańcze dobrze uzbrojonych. Wśród nich wielu mieszkańców Kabat dobrze zorientowanych w terenie. Wyruszyli do akcji w południe. Mieli do przejścia półtora kilometrowy odcinek drogi. „Gryf” podzielił powstańców na dwa pododdziały tak, by zaatakować z dwóch stron. Powstańcy z oddziału głównego dowodzonego przez plut. pchor. Janusza Radomyskiego „Cichego” ruszyli tyralierą od strony Lasu Kabackiego w stronę zabudowań w których zabarykadował się przeciwnik.

Powstańcy z batalionu „Krawiec” 1944 r., źródło: Archiwum Akt Nowych

W tym czasie „Gryf” z pięcioma ochotnikami okrążył stanowiska wroga, przechodząc drogą pod skarpą. W tej grupie był Józef Karaszewski „Wicher”. Doskonale znając okolicę, poprowadził oddział „Gryfa” do ataku na Niemców okupujących jego własne podwórko. Zachodząc od strony Natolina weszli na skarpę i znaleźli się naprzeciw stanowisk nieprzyjaciela, oddaleni zaledwie ok. 130 metrów. Przemieszczając się, zostali zauważeni przez ukrytą czujkę Niemców, którzy oddali w ich kierunku kilka strzałów. Niespodziewanie ranny w łokieć został „Gryf”, ale na szczęście rana okazała się lekka i nie wyeliminowała go z walki. Zajmując stanowiska natknęli się na dwóch żołnierzy niemieckich, którzy naprawiali przeciętą wcześniej przez Polaków linię telefoniczną. Gdy zobaczyli powstańców usiłowali się ukryć, ale ostrzelani przez Polaków poddali się do niewoli. „Wicher” ich poznał i potraktował przyjaźnie.

Ppor. Stanisław Milczyński „Gryf”, źródło: Milczyński S. „Dziennik por. Gryfa”

Zgodnie z wcześniej wydanym rozkazem „Gryfa” około godziny 13.00 powstańcy otworzyli ogień. Oddział „Cichego” powoli posuwał się do przodu i skupił na sobie uwagę przeciwnika. Niemcy nie dali się zaskoczyć, ale też nie bronili już samego stanowiska reflektora. Zabarykadowali się w zabudowaniach i stamtąd prowadzili ogień, skutecznie odpierając ataki Polaków. Powstańcy z grupy „Gryfa” uzbrojeni w pistolety maszynowe Sten oraz karabin maszynowy Spandau, którego celowniczym był Józef Karaszewski „Wicher”, ostrzeliwali stanowiska wroga zmuszając do rozdzielenia sił, a jednocześnie odcięli Niemcom drogę odwrotu.