„Amelin” przestał istnieć. W zasadzie był tylko swą pozostałością od ćwierć wieku, bo dokonana przebudowa sprawiła, iż nie przypominał już willi, jaką znamy z dawnych zdjęć. Jej cień stał pusty i zapomniany, a próba rekonstrukcji czy zastąpienia starego nowym była nieudana. Około 2000 roku gruntowny remont pozbawił jej malowniczości świadczącej o zabytkowej substancji, choćby zabytkowej werandy. Kilka lat po tej przebudowie została wykreślona z rejestru zabytków, do którego wpisano ją w 1983 r. W rejestrze pozostał jedynie otaczający ją ogród, lecz dom został opuszczony. Teraz dokonano jego rozbiórki.
Willę jako letnią siedzibę wybudował w latach 1901-3 jeden z właścicieli tutejszych zakładów papierniczych, Edward Natanson. Nazwał ją imieniem swej żony Amelii z Eigerów, jak się utarło powtarzać był to prezent ślubny. Wzorem przemysłowców epoki wiktoriańskiej wzniósł siedzibę nieopodal zakładu, pomiędzy papiernią dolną i górną. Był to dom letni, nawiązujący do architektury angielskiej, wzniesiony w bezpośredniej bliskości powstającego wówczas letniskowego Konstancina. Mówiono, że projektował go osobiście, wespół z uznanym architektem Henrykiem Gayem.

Przywoływał wczoraj Adam Zyszczyk w mediach społecznościowych słowa Tadeusza Wyganowskiego wypowiedziane w 1985 roku: „Pomyślany był „Amelin” jako rezydencja letnia. Nie zadbano więc o ogrzanie i ocieplenie domu, wstawiając pojedyncze, weneckie okna. Mieszkano w nim od maja do września, jesień i zimę spędzając w pięknym mieszkaniu przy ulicy Królewskiej w Warszawie. Edward Natanson parokrotnie odkupywał od mirkowskiej fabryki kawałki łąk. Tak skompletowaną posiadłość obwarował wreszcie wysokim ceglanym murem znacznej długości. W sumie otaczał on blisko 10-hektarową posiadłość. Do domu przylegał 3,5-hektarowy park, którym zajmowali się stale dwaj ogrodnicy. Wśród drzew ukryty był kort tenisowy i pole do krykieta. Żona Edwarda Natansona, Amelia (stąd nazwa willi) pasjonowała się ogrodnictwem. Pojawił się więc wypielęgnowany sad, budowano coraz większe szklarnie, zwane od przeznaczenia różarniami. Dwie największe różarnie miały ponad 2000 m2 i hobby pani Amelii przeobraziło się w dochodowy interes, choć w latach dwudziestych i trzydziestych „Amelin” nadal był tylko i wyłącznie letnią rezydencją, zaś jego właściciele ciągle czerpali pokaźne zyski z udziałów w przemyśle”.

Zbierane przez lata historie i opowieści odsłoniły zapomnianą przeszłość „Amelina”, a przede wszystkim pani Amelii. Otóż w „Amelinie” uprawiała warzywa, pielęgnowała kwiaty, hodowała kury i kaczki. Stała się tym samym przykładem pozytywizmu stosowanego, w myśl postawy, którą winna charakteryzować się patriotyczna ziemianka tamtej doby, o jej kurnikach można poczytać TUTAJ. Nie tak dawno pojawił się tekst o ogrodniku „Amelina” i uprawianych tu różach holenderskich (TUTAJ). Wszak w 1903 roku podczas corsa kwiatowego w letnisku wszystko przyćmiła „pani Edwardowa Natanson, której wóz przyozdobiony został hodowanymi w „Amelinie” różami La France, a wokół otoczono go liściastymi girlandami. Tuż za nią wjechał jej mąż, prowadząc wóz przyzdobiony w kaczeńce zerwane nad Jeziorką”. Z czasem w kanale zaczął hodować ryby, mieczyki niespotykane nigdzie indziej, które dorastający w osadzie fabrycznej chłopcy lubili wyławiać gdy nikt ich nie widział. Czerwone rybki, które w tym miejscu baraszkowały wesoło. Nie pozwalano ich łowić, bowiem rybaczono w dalszej części kanału bliżej kościoła.
Natansonowie nie stali się nigdy częścią opowieści o willowym Konstancinie i jego rodach, być może z powodu swego żydowskiego pochodzenia. W latach 30. XX dokonali konwersji, lecz nadal pozostawali nieco z boku, być może wciąż przybywając tu latem. W 1938 r. w gminnej ewidencji ówczesnej działalności handlowej wpisane były tutejsze kwiaty, a róże sprzedawano w Warszawie i cieszyły się wzięciem. Nie przeżyli II wojny, a willa przeszła na własność Wyganowskich, bowiem Jan Wyganowski był mężem Marii Franciszki Natanson.

Dokonany po wojnie remont sprawił, że z pierwotnego wyposażenia zachowano jedynie fragmenty polichromii oraz kominki, a na zewnątrz na werandzie dekoracyjną piscinę i rzeźby dwóch lwów w białym marmurze. Jednakże willa wciąż pozostała niezwykle malownicza, skryta z dala od zgiełku, mimo bliskości robotniczego Mirkowa. Była wielokrotnie plenerem polskich filmów i seriali kręconych tam w latach 60. i 70. Wciąż po staremu willę i ogród otaczał od strony Jeziorki sypiący się czerwony ceglany mur, znad którego wyrastały drzewa owocowe, kwitnące wiosną. Nie wiedzieliśmy wtedy, że przed wojną chłopcy z Mirkowa przychodzili podbierać tu czereśnie i jabłka, które teraz powoli dziczały. W ich czasach nieopodal kąpieliska nad Jeziorką znajdował się jego maliniak Natansona, z którego mirkowskie dzieciaki podjadały owoce. Z tego powodu wreszcie Natanson postanowił otoczyć swe uprawy murem, podobnie jak resztę posiadłości i w latach dwudziestych pan Piątkowski i kilku robotników z papierni zajęło się jego budową. I nawet po latach gdy o Natansonie dawno już mało kto pamiętał, za murem wciąż były najlepsze jabłka i czereście. Chodziło się tam do sadów, a pan Wyganowski spuszczał czasem psy, przed którymi trzeba było uciekać. Pod koniec lat 80. był jakiś moment, gdy w jej sąsiedztwie, w miejscu dawnych ogrodów i sadów pojawiły się konie i wybieg dla nich, w wakacje często tam bywaliśmy by się im przyglądać.
Przez łąkę i pobliskie ogródki działkowe, wokół muru wiodła wydeptana ścieżka w kierunku Mirkowa. Zabytkową willę starał się w Polsce ludowej utrzymywać Tadeusz Wyganowski, co dla prywatnego właściciela było trudne. Wielokrotnie narzekał publicznie na problemy jako wiceprezes Klubu Indywidualnych Użytkowników Zabytków. W PRL-u rzecz jasna do willi dokwaterowano Wyganowskim mieszkańców. Przyszła na spotkanie sąsiedzkie w Mirkowie w 2025 r. pani Beata, która opowiadała nam o szczęśliwych czasach swojego dzieciństwa na drewnianej werandzie, o studentach architektury, którzy rysowali któregoś roku willę i zostawili jej plany.

W latach 90. na sąsiedniej łące będącej niegdyś pasternikiem Jeziorny wybudowano osiedle Empire, a Wyganowscy willę sprzedali. Następnie przeszła wspomniany remont i wykreślono ją z rejestru zabytków, po czym wiele lat stała opustoszała.
I tak to się skończyło, lecz pozostały nam powyższe opowieści.

Redaktor naczelny portalu, z wykształcenia historyk, absolwent Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Rodzinnie związany od wielu pokoleń z Nadwiślańskim Urzeczem, badacz regionu i dziejów lokalnych, autor publikacji oraz artykułów w tym zakresie.
