To fascynujące uzupełnienie! Każdy badacz czeka latami na kolejne informacje dotyczące interesującego go tematu. Dla mnie jednym z nich są losy pensji Wandy Pawlickiej w Klarysewie, jednej z ważniejszych placówek edukacyjnych dla dziewcząt na początku XX w. Odkrycie kolejnej postaci związanej z pensją Wandy Pawlickiej to impuls do dalszych poszukiwań. Dodatkowo jej postać pokazuje także losy rodziny, która zamieszkiwała jedną z piękniejszych willi Skolimowa – „Wersal”. Rzuca także zupełnie nowe światło na lokalną sieć powiązań między Skolimowem a Klarysewem. Odkrycie pokazuje, że pensja Wandy Pawlickiej była prawdopodobnie naturalnym wyborem edukacyjnym dla dzieci właścicieli sąsiednich letnisk i willi. Nasza bohaterka pokonywała codziennie krótką trasę między Skolimowem a Klarysewem. Kolejką czy bryczką, tego niestety nie wiemy…
Uczennica pensji Wandy Pawlickiej
W piątek 29 lipca 1898 r. w Warszawie przyszło na świat najmłodsze dziecko małżeństwa Teodora Edmunda Gwizdalskiego (1868-1939) i Józefy Jadwigi z Dzierżanowskich (1870- ok.1942) – Maria.

W 1909 r. Teodor Gwizdalski zakończył budowę willi „Wersal” w Skolimowie. Od tego roku Maria przebywała wraz z rodzicami i rodzeństwem w Skolimowie w willi przy ulicy Środkowej 27. Wraz z nią przebywali tu też jej bracia: Zdzisław i Gustaw (w przyszłości inżynier, żołnierz Legionów Polskich i Wojska Polskiego, od 1919 r. pilot, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej i II wojny światowej). Więcej o nim możecie przeczytać tutaj.
Tutaj też Maria zaczęła naukę. W pensji Wandy Pawlickiej w Klarysewie. Na znanym zdjęciu kadry i uczennic pensji (rozpoczęcie roku szkolnego 1913/1914), które otrzymywała każda uczennica, na egzemplarzu Marii widnieje podpis m.in. Anny Zdziarskiej, jednej z założycielek skautingu żeńskiego w Klarysewie. Może to sugerować, że Maria Gwizdalska należała do miejscowej drużyny harcerskiej. Widnieją podpisy Wandy Romanowskiej (nauczycielka), St[anisławy lub Stefani] Czyżewicz oraz Kr[ystyny] Pawłowiczówny, Hanki Komierowskiej, Stefani Lewandowskiej, J. Gebert, M. Barelniczównej (?) i właścicielki szkoły Wandy Pawlickiej. Podejrzewam, że część tych podpisów to podpisy kadry szkolnej.

Dla mnie osobiście jedna informacja jest bardzo ważna i zmieniająca dotychczasowe ustalenia. Do tej pory uważałem, że pensja (zakład naukowy) zakończyła działalność w 1914 r. z chwilą rozpoczęcia I wojny światowej. Zaprezentowana legitymacja szkolna Marii Gwizdalskiej została potwierdzona przez właścicielkę w styczniu 1915 r. Wynikałoby z tego, że w Klarysewie miał miejsce jeszcze jeden rok szkolny 1914/1915. Chociaż zapewne działania wojenne nad Jeziorką przerwały zajęcia w październiku 1914 r. Prawdopodobnie szkoła zaprzestała działalności z chwilą wkroczenia Niemców do Warszawy w 1915 r. Maria Gwizdalska dokończyła edukację w Szkole Gospodarstwa Wiejskiego dla dziewcząt w Chyliczkach.

I jeszcze dwa zdjęcia naszej bohaterki w rodzinnym domu, willi „Wersal”:


15 października 1927 r. Maria wyszła za mąż za Eugeniusza Wilczkowskiego (1895-1957). Pełen życiorys tutaj.
Ślub odbył się w Kościele Zbawiciela w Warszawie. Małżeństwo zamieszkało w Warszawie, w domu ojca Marii przy Alei Szucha 10. Tu urodziła się ich córka – Krystyna Wilczkowska (1929-1987). Następnie przeprowadzili się do mieszkania przy ulicy Marszałkowskiej 63. Tu z kolei urodził się 11 stycznia 1931 r. ich syn Andrzej (1931-2022).

W związku z tym, że od 1 marca 1933 r. mąż Marii – dr Eugeniusz Wilczkowski został mianowany dyrektorem Szpitala Psychiatrycznego w Gostyninie, cała rodzina przeniosła się do tego miasta. Po wojnie, od 1947 r. rodzina zamieszkała w Łodzi, bowiem w latach 1947–1949 jej mąż został prorektorem Uniwersytetu Łódzkiego, a od 1945 r. do 1957 r. był kierownikiem Katedry i Kliniki Psychiatrycznej Uniwersytetu Łódzkiego. W latach 60-tych XX w. współlokatorką Marii była koleżanka ze szkoły w Chyliczkach Irena Brzostowska z domu Faszowicz. Maria zmarła 20 listopada 1981 r. w Łodzi.

Ojciec Marii – Teodor Edmund Gwizdalski
Teodor Edmud Gwizdalski urodził się w 1868 r. jako najmłodsze dziecko rodziny, mieszkającej we wsi Zameczek pod Opocznem. Matka wcześnie owdowiała i utrzymanie szóstki dzieci było dla rodziny dużym wyzwaniem. Teodor chcąc wspomóc matkę ruszył do Warszawy za pracą.

Tu nauczył się gry na kornecie, na tyle dobrze, że został członkiem orkiestry Filharmonii Warszawskiej oraz Opery Warszawskiej. W 1893 r. dwudziestopięcioletni Teodor ożenił się z dwudziestodwuletnią Józefą Jadwigą Dzierżanowską, która wniosła do małżeństwa spory posag, pozwalający na założenie rodzinie własnej firmy. Teodor 1893 r. otworzył w Warszawie pierwszą swoją piekarnię. W 1901 r. przy Alei Szucha 8 powstała nowa, niezwykle nowoczesna parowa piekarnia pod piękną nazwą „Versailles”. Gwizdalski nie lubił pierwszego imienia i używał wyłącznie imienia Edmund.

Od 1908 r. następuje gwałtowny rozkwit firmy, po zakupie specjalistycznych maszyn angielskich. W 1911 r. właściciel piekarni i sieci cukierni liczącej w Warszawie 25 punktów, na początku drugiej dekady XX w. zatrudniał ponad 100 osób. Szerzej o firmie możecie przeczytać w tekście napisanym przez Rafała Wilczkowskiego, prawnuka Teodora, w czasopiśmie „Mistrz branży” .

Dzięki zgromadzonemu kapitałowi Gwizdalski kupił kamienicę w Alei Szucha pod numerem 10 (obok swojej piekarni) oraz posiadłość przy ulicy Środkowej [nr 27] w podwarszawskim Skolimowie. Zakończył tu w 1909 r. budowę willi. Nadał jej nazwę – co zrozumiałe – „Wersal” („Versailles”).




Wielki kryzys gospodarczy (1929-1935) w II Rzeczypospolitej, zapewne wpłynął na działalność firmy Teodora Gwizdalskiego. Przestała działać. W tym czasie Gwizdalski sprzedał willę „Wersal” (1929/1930 r.), która była niewykorzystywana przez rodzinę (córka mieszkała w Warszawie, później w Gostyninie, a syn Gustaw w Warszawie na ul. Raszyńskiej) oraz w 1929 r. dom rodzinny na Aleji Szucha 10 (kupił go Automobilklub Polski) i zdecydował się kupić majątek rolniczy w Dukach koło Tarczyna, gdzie mieszkał aż do śmierci w 1939 r.

Willę „Wersal” kupił od Gwizdalskiego Józef Ostrowski, współwłaściciel spółki akcyjnej „Kontusz”, produkującej ubrania dla mężczyzn (spółka powstała w 1921 r., jej założycielami byli: Stanisław Czapiński, Stanisław Janeczek, Apolinary Kostro, Franciszek Mariański, Ludwik Nowakowski, Józef Ostrowski, Franciszek Petkowicz, Antoni Smurzyński, Julian Tomecki, Feliks Tylicki. W połowie 1925 r. spółka została postawiona w stan likwidacji). W 1931 r. wynajął on parter willi posłowi nadzwyczajnemu i ministrowi pełnomocnemu Cesarstwa Japonii w Rzeczypospolitej Polskiej – Hiroyuki Kawai (zmarł na gruźlicę 14 sierpnia 1933 r.). W 1948 r., po śmierci Józefa Ostrowskiego, w drodze sukcesji willa do 2001 r. znajdowała się w posiadaniu rodziny Kossów.
Jak wspominał prawnuk Gwizdalskiego Rafał Wilczkowski: Niewątpliwie ówczesna gwiazda operetki warszawskiej – Wiktoria Kawecka nie była obojętna mojemu przodkowi, jakkolwiek mam poważne wątpliwości, czy aż do tego stopnia, by darować jej tak wspaniały budynek. Warto dodać, Gwizdalski jako członek orkiestry opery i filharmonii warszawskiej bardzo dobrze znał Wiktorię. Nigdzie nie udało się potwierdzić informacji o przekazaniu willi artystce (artystka miała swoją kamienicę przy ul. Hożej 39). Zapewne Kawecka korzystała czasami z willi na zasadach użyczenia (zmarła 22 stycznia 1929 r).

Źródło: informacje od Rafała Wilczkowskiego, prasa z epoki ("Kurier Warszawski", "Świat"),
czasopismo "Mistrz branży" z marca 2023 r. i in. Dziesięć zdjęć ze zbiorów rodziny Wilczkowskich

Historyk wojskowości i starożytności, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Wieloletni pracownik wydawnictw książkowych (m. in. kierownik redakcji historii działu encyklopedii i słowników PWN), prasowych, ostatnio pracownik naukowy Wojskowego Biura Badań Historycznych, w latach 1981-89 redaktor, wydawca, wykładowca i aktywny działacz podziemia solidarnościowego. Od ćwierć wieku mieszkaniec Skolimowa, prowadzący Konstanciński Klub Historyczny.

Z „Wersalu” w dorosłość: Portret Marii, cichej bohaterki codzienności
Fascynujące jest to, jak niewiarygodnie w ciągu jednego tylko ludzkiego życia może zmienić się świat. Biografia mojej babci, Marii, stanowi tego najdoskonalszy dowód.
Kiedy 29 lipca 1898 roku przyszła na świat w Warszawie jako córka muzyka, a później przemysłowca, miasto było przedziwną mieszanką carskiego ucisku i niespokojnego, nowoczesnego ducha. Wokół jej kołyski szumiała wielka literatura: kultowa Lalka Prusa od dekady gościła w domach warszawiaków, Henryk Sienkiewicz odbierał laury za Quo Vadis, a Władysław Reymont szkicował bezlitosny obraz kapitalizmu w Ziemi Obiecanej.
Warszawa tamtych lat pachniała nowością i wielkim kapitałem. Stefan Szyller wznosił gmach Zachęty i projektował monumentalną Politechnikę, a Władysław Marconi szykował się do budowy luksusowego Hotelu Bristol. Zaledwie kilka dni przed narodzinami babci, Maria Skłodowska-Curie ogłosiła odkrycie polonu. W takim świecie – pełnym dorożek, kamienic o ciemnych podwórzach i rosnących fortun – rozpoczęło się życie Marii.
Beztroska pod kloszem „Wersalu”
Dzieciństwo i wczesna młodość babci upłynęły w warunkach niemal baśniowych. Dorastała w Skolimowie, w pięknej willi ojca o znamiennej nazwie „Wersal”. Wychowywana w głębokim dobrobycie, nie miała potrzeby podejmowania pracy zawodowej. Jej edukacja na elitarnej stancji Wandy Pawlickiej, gdzie uczyła się wraz z hrabiankami, obejmowała zajęcia tak abstrakcyjne dla „panien z dobrego domu”, jak… nauka produkcji cukru z buraków. Ta akurat wiedza nigdy jej się nie przydała, w przeciwieństwie do biegłej znajomości francuskiego i rosyjskiego.
Ten świat przywilejów ukształtował w niej pragmatyczne, momentami bezkompromisowe poczucie własnej wartości. Babcia nie owijała w bawełnę, a jej stosunek do statusu oddawały dosadne powiedzenia: „Szlachectwo bez pieniędzy jest gówno warte” oraz „Mam pieniądze – jestem mądra”.
Luksusowy klosz pękł wraz z wybuchem I wojny światowej. Kiedy w listopadzie 1918 roku Polska odzyskała niepodległość, Maria miała 20 lat. Jej wejście w dorosłość zbiegło się z osobistą emancypacją – 28 listopada 1918 roku Polki, jako jedne z pierwszych w Europie, uzyskały prawa wyborcze. Panna z dobrego domu, uczona salonowych manier, stała się obywatelką nowoczesnego państwa.
Zderzenie światów: Od dyrektorowej do wygnanki
Koniec młodzieńczej beztroski wyznaczył 15 października 1927 roku – dzień ślubu z Eugeniuszem Wilczkowskim. Eugeniusz był wybitnym psychiatrą, a babcia z rozbawieniem wspominała, że potrafił użyć swoich zawodowych zdolności, by w ogóle przekonać do siebie przyszłego teścia.
Małżeństwo oznaczało całkowitą zmianę życiowych wektorów. Z „Wersalu” Maria trafiła do Gostynina, gdzie dziadek współtworzył jedną z najnowocześniejszych placówek psychiatrycznych w Polsce. Jako pani dyrektorowa, matka i filar lokalnej społeczności, babcia budowała nową rzeczywistość od podstaw. Była impulsywna, autentyczna i do szpiku kości dobra – zawsze niosła pomoc potrzebującym.
Prawdziwy egzamin z przetrwania przyszedł jednak w 1942 roku. Dziadek został aresztowany przez gestapo pod absurdalnym zarzutem „chęci oderwania powiatu gostynińskiego od Rzeszy”. Skazany na 12 lat, przeszedł przez piekło więzień w Zwickau i Rawiczu. Babcię z dziećmi wysiedlono z mieszkania.
Z salonów trafiła do wiejskiej chałupy w Mniszku, gdzie dobrzy ludzie odstąpili jej jedną izbę. Pracowała w mleczarni lub sklepie, podczas gdy jej syn (mój tato) pasł krowy z wiejskimi dziećmi. Pamiętam jego opowieść o tym, jak próbował odgrzać zupę i uznał, że jest gotowa, gdy na powierzchni pojawił się pierwszy bąbel powietrza. Rozczarowanie było gorzkie – zupa wciąż była lodowata.
Stalowy rdzeń kindersztuby
Skąd wzięła siłę, by przetrwać strach o męża, biedę i opiekę nad schorowaną matką w pokoju z przegniłą podłogą? Wierzę, że kluczem była kindersztuba. Fundamentem jej wychowania była kontrola emocji – nauka, że publiczne okazywanie strachu czy bólu jest nieeleganckie. Ta umiejętność maskowania lęku pozwalała jej na logiczne działanie pod presją.
Dla babci obowiązek stał wyżej niż komfort. Nie pytała: „dlaczego ja?”, lecz: „co muszę teraz zrobić?”. Zachowanie pozorów normalności – ukłon, poprawna polszczyzna, dyscyplina dnia – było formą psychicznego oporu przeciwko odczłowieczeniu wojny. Przedwojenny savoir-vivre okazał się pancerzem, który nie pozwolił jej się załamać po utracie całego znanego świata.
Powojenna jesień i „wielkie przyspieszenie”
Po wojnie i śmierci dziadka w 1958 roku babcia żyła skromnie. Dzieliła mieszkanie ze współlokatorką, a ja miałam szczęście spędzać tam błogie chwile, otoczona bezwarunkową miłością. Babcia umiała kochać jak nikt inny. Dopiero po latach dowiedziałam się, że mawiała: „Miałam wspaniałego męża, ale dzieci wychowywałam sama”. Była to cena za jego wielką karierę naukową i lata wojenne.
Zdumiewa mnie łuk historii, jaki zakreśliło jej życie: od epoki pary i dorożek po lądowanie człowieka na Księżycu. Dla mnie, dziewczynki wychowywanej w rzewnym PRL-u, jej opowieści o Skolimowie i kawiorze „gęstym jak śmietana” brzmiały jak baśń. Pamiętam jej altowy głos, słuch absolutny i cięty dowcip. Kiedy nauczycielka śpiewu na pensji Pawlickiej kazała jej śpiewać wyżej, odparowała: „To będę musiała stanąć na krzesełku!”.
Zmarła 20 listopada 1981 roku, zaledwie trzy tygodnie przed wprowadzeniem stanu wojennego. Odeszła, widząc narodziny „Solidarności” – zryw, który przypominał jej młodość i odzyskiwanie wolności. Los oszczędził jej widoku czołgów na ulicach, których w swoim życiu widziała już zbyt wiele.
Była cichą bohaterką dnia codziennego, jedną z wielu kobiet, których siła pozwoliła przetrwać polskim rodzinom. Jej obecność była dla nas oczywista jak oddychanie – i dopiero gdy jej zabrakło, na chwilę zabrakło nam tchu. Pamiętamy o niej – my jej wnuki. Dla każdego z nas była wyjątkową osobą, która inspiruje nas do dziś dnia, mimo, że wszyscy jesteśmy już emerytami…