Jesień 2026 roku to czas premier dwóch ekranizacji „Lalki”. Kinowa premiera dopiero nastąpi, natomiast nad serialową poloniści rwą włosy z głowy. Historyk ma ten komfort, że z przyzwyczajenia może przejść nad nią do porządku dziennego, gdyż jest to kolejna produkcja niemająca wiele wspólnego z historyczną rzeczywistością. Biorąc pod uwagę liczbę dyskusji i kontrowersji, wydaje się jednak, że jako dzieło artystyczne zadanie swoje spełniła, wzbudzając rozmaite emocje, choć mam wrażenie, że znaczna część dyskutantów ze znajomością „Lalki” jest nieco na bakier. Opinii jest bez liku, zatem, jak w znanym powiedzeniu, strach lodówkę otworzyć, by i tam nie napotkać wypowiedzi dotyczącej serialowej ekranizacji. W zalewie publikacji na ten temat jest i ciekawa pozycja w znanej serii „Pomocnika Historycznego” – „Warszawa czasów »Lalki«”. Pomyślałem, że warto tę rzecz poszerzyć i pokusić się o opisanie Urzecza w latach, gdy toczy się akcja powieści.
Oczywiście Wokulski na Urzeczu nie miałby czego szukać, a to z przyczyn fundamentalnych. Jednym z głównych tematów powieści Prusa jest przemijanie starego świata i nadejście nowoczesności. O ile Warszawa lat siedemdziesiątych XIX wieku uległa gigantycznym przemianom i modernizacji, a drewniane domy znikały, gdy ich miejsce zajmowało prawie 1000 murowanych domów i kamienic, o tyle Urzecze przeszło w tym czasie jedynie przemianę społeczną. Przemiana modernizacyjna miała dokonać się dopiero w ciągu następnych dwóch dekad. Lata, w których dzieje się powieść, były więc ostatnimi latami istnienia zapomnianego Urzecza w takiej, a nie innej formie, niezmienionej w zasadzie od dziesiątków lat.
Urzecze stanowiło wąski pas terenów zalewowych po obu stronach Wisły, rozciągający się od okolic południowej Warszawy w kierunku ujścia Pilicy; na prawym brzegu sięgało w stronę ujścia Wilgi. Nikt zapewne nie używał tej nazwy na określenie całego obszaru, choć istniała wspólnota losów oraz więzi społecznych i rodzinnych. Wydaje się, że najczęściej funkcjonowało określenie „Powiślacy”, które jednak nie przebiło się do szerszego użycia, ponieważ w Warszawie nazwę Powiśla zawłaszczył niesławny kwartał miasta, o którym Prus pisał jako o „obmierzłym”.

Wokulski i jemu podobni mieli niewielkie szanse zaplątać się w rejony nadwiślańskich wsi z prozaicznej przyczyny: tego, co obecnie nazywamy wykluczeniem komunikacyjnym. Brakowało bowiem dróg, nie tylko dobrej jakości, ale w ogóle. Wytyczenie w latach dwudziestych XIX wieku traktu puławskiego przez Piaseczno i Górę Kalwarię spowodowało degradację drogi z Warszawy przez Jeziornę. Droga nie tylko podupadła, ale też okolice przestały być zupełnie uczęszczane. Za Warszawą droga bita wiodła do Wilanowa; w tamtejszym parku Wokulski i jemu podobni kończyli podróż. W gorszym stanie znajdowała się droga do papierni w Jeziornie – gdyby nasz bohater miał tam jakieś interesy, dalej już by nie dotarł. Nie dziwi, że mieszkańcy tych stron byli gotowi sami łożyć na budowę porządnej drogi pomiędzy Wilanowem a Jeziorną. Jak donosiła ówczesna prasa, wystąpili do władz o zgodę na taką inwestycję, gotowi znaczną część kosztów wziąć na siebie. Stan pozostałych dróg w zasadzie uniemożliwiał przejazd po deszczach i zimą. Sieć komunikacyjna była więc bardzo słaba. Nieco lepiej było po drugiej stronie Wisły, gdzie wzdłuż rzeki wiódł trakt lubelski. Nic zatem dziwnego, że dla mieszkańca Urzecza to właśnie Wisła stanowiła szlak komunikacyjny. Wisłą płynęły towary, drewno, zboże i inne produkty. Działali tu flisacy oraz oryle. Istniały przystanie, przewozy i bindugi. Rzeka pozwalała także stosunkowo szybko dostać się do Warszawy, stąd możemy być pewni, że warszawskie Powiśle bywało przez Urzeczan odwiedzane w miarę często. Była to więc kraina w jakimś stopniu odizolowana i niezauważana. Prus z pewnością nie miał wówczas świadomości jej istnienia. Wisła u niego to właśnie warszawskie Powiśle: zwały śmieci tuż obok ujęć wody pitnej i nędza mieszkańców. Raczej nie dostrzegł przybywających Wisłą łodzi i barek z płodami rolnymi, przywożonymi z podwarszawskich wsi.

W latach opisywanych w „Lalce” Urzecze przechodziło niemałe przemiany administracyjne. Po powstaniu styczniowym przeprowadzono reformy, których celem była centralizacja władzy carskiej i sprawniejsze zarządzanie imperium. Ich skutkiem było utworzenie w latach 60. gmin stanowiących przedłużenie aparatu państwowego. Powstały w ten sposób m.in. gminy Wilanów i Jeziorna, jednak nie stanowiły one nawet namiastki samorządu – ich zadaniem była głównie realizacja zarządzeń władzy wykonawczej. Choć organizowano wybory na wójtów, obowiązywał cenzus majątkowy. Mieszkańcy podlegali rosyjskim przepisom i obostrzeniom, w tym poborowi do wojska carskiego. Jak pisał kiedyś Witold Rawski, niektórzy z nich mieli okazję trafić na front tej samej wojny rosyjsko-tureckiej, na której wzbogacił się Wokulski. Były to także lata represji popowstaniowych, dlatego okoliczne miasta zdegradowano do rangi wsi: Piaseczno, Czersk i Karczew w 1869 roku. Góra Kalwaria przez pewien czas pełniła rolę miasta powiatowego, a na jej status zapewne wpływał fakt, że stacjonowało tu wojsko rosyjskie. W 1879 r. zlikwidowano jednak powiat, włączając go do powiatu grójeckiego, a miasto straciło prawa miejskie w 1883 roku. Dla wielu tutejszych włościan niewiele się jednak zmieniło, bo wsie wciąż organizowały jarmarki, na których można było kupić tkaniny czy przedmioty niedostępne gdzie indziej. Karczew nadal organizował je sześć razy w roku.

Dla części mieszkańców Urzecza jarmarki były najdalszymi miejscami, jakie odwiedzili w życiu. Mogli tam wydawać zarobione pieniądze. Był to bowiem czas wspomnianych przemian społecznych, które przyniosło uwłaszczenie. Choć na Urzeczu pańszczyzna w wielu miejscach zanikała już od początku stulecia, teraz włościanie przestali rozliczać się z dziedzicami, a zaczęli płacić podatki. Mieli nadwyżkę pieniędzy, ponieważ ziemia była bardzo dobra pod uprawę. Rozwijało się warzywnictwo, sadownictwo i ogrodnictwo, wkraczał burak cukrowy, choć cukrownię „Czersk” otwarto dopiero pod dalekim Grójcem. Produkty, jak już wiemy, można było sprzedawać w Warszawie, ale nie wszyscy tam docierali, dlatego działało wielu pośredników, którzy krążyli po wsiach lub skupowali produkcję rolną na wspomnianych jarmarkach. Do Warszawy jeździli bezpośrednio mieszkańcy wsi lepiej skomunikowanych. Nie przypadkiem w ówczesnej prasie pojawiają się informacje o wypadkach drogowych, jakie w Warszawie powodowali swymi bryczkami i wozami mieszkańcy Wilanowa, Powsinka i Karczewa, zderzający się z dorożkami, ponieważ nie byli przyzwyczajeni do miejskiego ruchu.
Zamożność podwarszawskich chłopów zaczęła być wówczas zauważalna, podobnie jak ich odświętne modre stroje, w których czasem wybierali się do miasta. Charakterystyczny strój wilanowski nie był w tym czasie wyłącznie elementem folkloru. Mieszkańcy tych terenów zakładali stroje ludowe na uroczystości rodzinne, procesje, pielgrzymki, dożynki i święta. Ta i inne okoliczności sprawiały, że Urzeczanie w tamtym okresie byli postrzegani jako odrębna grupa. Kornel Kozłowski w 1868 r. i Stefania Ulanowska w 1884 r. opisywali ją jako grupę o własnych cechach kulturowych. Szczególnie wymowna jest relacja Ulanowskiej, powstała zaledwie kilka lat po czasie akcji „Lalki”. Pisała ona o mieszkańcach znad Wisły jako o Urzycanach lub Powiślakach, dodając, że sami nie uważali się za Mazurów. Pozwala to przypuszczać, że w latach 1878–1879 istniała już wyraźna świadomość lokalnej odrębności, choć oczywiście nie należy przenosić współczesnego pojęcia „tożsamości regionalnej” bezpośrednio na XIX-wiecznych mieszkańców.

Rejon Wisły był oczywiście pełen flisaków i oryli. Żegluga parowa nie była już wtedy nowinką. Maurycy Fajans, po przejęciu części taboru wcześniejszej spółki żeglugowej Maurycego Zamoyskiego, rozwinął własne przedsiębiorstwo i stał się jednym z najważniejszych przewoźników na Wiśle. Prus w zapiskach wspominał o statkach parowych pływających po rzece. W 1875 r. ironicznie pisał o Wiśle, że płynie ona m.in. po to, „aby statki parowe miały gdzie pływać”. W 1876 r. opisywano regularne połączenia parowe z Warszawy w kierunku Dęblina. Powoli powstawały przystanie na trasie, gdzie mieszkańcy Urzecza mogli sprzedawać swoje produkty rolne. Krążyły tu łodzie miejscowych, a promy pływały w Zbytkach, Gassach czy Brzuminie. Chałupy wciąż kryto strzechą, a otaczały je wiklinowe płoty. Nad Wisłą leżało też wiele wsi dawnych osadników olęderskich i niemieckich kolonistów, którzy właśnie wtedy zaczynali manifestować swoją odrębność narodową. W mowie potocznej przyjęły się jednak określenia „trytwy” czy „terpy”. Wśród ówczesnych Polaków narastało poczucie tzw. problemu żydowskiego i dominacji Żydów w handlu. Choć w Piasecznie, Karczewie, Sobieniach, a zwłaszcza w Górze Kalwarii, która zdążyła już stać się siedzibą cudownego cadyka, było ich sporo, nad Jeziorką wciąż jeszcze mieszkało ich niewielu. Zwracali jednak uwagę jako ludzie coraz bardziej dominujący w handlu, skupujący owoce od włościan, by odsprzedawać je z zyskiem. Choć w Jeziornie dopiero za dwie dekady, wraz z narodzinami letnisk i rozwojem papierni, ich liczba miała się zwiększyć, już w 1879 r. dwór w Oborach zdecydował się dzierżawić krowy mleczne „chrześcijanom”, co stanowiło zapowiedź klimatu nadchodzącej epoki.
Warto w tym miejscu wspomnieć o trudnej sytuacji posiadaczy dóbr ziemskich. Uwłaszczenie i związana z nim utrata pańszczyzny przyniosły im ciężkie czasy, a kto nie zdywersyfikował swojego majątku, popadał w kłopoty finansowe. Spotkało to właśnie Łęckich. W rezultacie wiele majątków na Urzeczu sprzedawano lub licytowano. Właścicieli zmieniły m.in. Brześce z Kawęczynem, należące do lat 70. do Marchwińskich. Kolejny właściciel w czasach „Lalki” nie dał rady utrzymać dóbr, czemu zaradził dopiero Ksawery Segno, który odkupił je z początkiem lat 80., po czym zaczął parcelować je i sprzedawać miejscowym włościanom. W 1879 r. na licytację trafił majątek Kurtzów. Potuliccy w Oborach mieli nowoczesną gospodarkę opartą na folwarkach, maszynach rolniczych i nowinkach, takich jak nawozy, a w 1881 r. prowadzili największą owczarnię w powiecie warszawskim. Hodowla liczyła „1700 owiec rasy negretti i 350 angielskich”, co stanowiło prawie 40% całej ówczesnej hodowli powiatu. Do tego sprzedawali zasiewek i dzierżawili wiatrak. Wydaje się, że finansowe uspokojenie miało im przynieść dopiero przedsięwzięcie z przełomu XIX i XX wieku – letnisko Konstancin. Jezierscy w Sobieniach usiłowali zapanować nad sytuacją majątkową, hodując konie.

Obraz ten byłby niepełny bez wspomnienia o zubożałej szlachcie, która w ziemi czerskiej przemieszała się z włościanami. Dawni zaściankowcy posiadali niewielkie gospodarstwa, często sami pracowali na roli, hodowali bydło i konie, a swoją sytuacją materialną mogli niewiele różnić się od zamożniejszych gospodarzy chłopskich. Na Urzeczu różnica ta zasadniczo zatarła się na długo przed uwłaszczeniem, choć zachowała się w mowie. Pamięć o szlacheckim pochodzeniu mieszkańców Glinek przetrwała zresztą znacznie dłużej niż sam dawny podział stanowy. Jeszcze w XX wieku mieszkańców Glinek określano mianem „Krawaciarzy” czy „Kapeluszników”, co wiązano z ich przekonaniem o szlacheckich korzeniach. Podobne ślady dawnego osadnictwa szlacheckiego można odnaleźć w Żelawinie, Radwankowie, Sobiekursku czy Brzuminie. Kiedy w 1864 roku włościanie otrzymali ziemię na własność, zniknęła jedna z najważniejszych różnic prawnych pomiędzy nimi a drobnymi właścicielami ziemskimi. Wielu z nich zasiliło rozwijający się warszawski przemysł, inni znajdowali zatrudnienie w papierni w Jeziornie.
Na Urzeczu w dobie „Lalki” funkcjonowały więc rozmaite warstwy społeczne. Obok dawnych rodzin szlacheckich mieszkali tu gospodarze urzeccy, potomkowie osadników olęderskich, rybacy, przewoźnicy i oryle związani z Wisłą, a także ludzie pracujący w folwarkach i dworach. Niektóre wsie miały przy tym szczególnie złożoną strukturę własnościową, w której obok niewielkich gospodarstw szlacheckich występowały dobra dworskie i gospodarstwa chłopskie. Urzycoki nie były więc jednolitą społecznością. Był to świat, w którym obok wielkich majątków, takich jak Wilanów czy Obory, istniały niewielkie gospodarstwa dawnych rodzin szlacheckich, wsie chłopskie, osady olęderskie i społeczności związane z Wisłą. Wszystkie te grupy żyły jednak w bezpośrednim sąsiedztwie i pozostawały ze sobą w stałym kontakcie. Dawne podziały stanowe nadal były widoczne w świadomości mieszkańców, ale ich znaczenie gospodarcze i prawne stopniowo malało. Znacznie ważniejsze stawało się teraz miejscowe pochodzenie: jeśli ktoś był stąd, nie był Zawiślakiem, był swój.

Wspomniano już o papierni w Jeziornie, głównym zakładzie przemysłowym w regionie. Należała ona wówczas do Roesslerów i zaczynała powoli podupadać w starciu z agresywnymi kapitalistami nowego typu, jakim był Wokulski. Roesslerowie odkupili papiernię w 1871 r. po likwidacji majątku Banku Polskiego przez władze carskie, nie mieli jednak takich środków na inwestycje jak Natansonowie czy Kronenbergowie, którzy inwestowali w papiernię w Mirkowie nad Prosną. Prasa donosiła, że Mirków zaczyna produkować bibułki papierosowe, choć Jeziorna robiła to już od dawna. Jeziorna była wówczas drugą papiernią w kraju po Soczewce, jednak Mirków miał ją niebawem wyprzedzić. Prócz tego na Urzeczu działały liczne zakłady rzemieślnicze w Sobieniach, browary w Wilanowie i Bielawie oraz warsztaty pasów wełnianych, głównie do żydowskich tałesów, w Karczewie.
Przyglądając się ówczesnej prasie, dostrzeżemy, jak bardzo zapomniany i niezauważalny dla mieszkańców miasta był to region. Mieszkańcy na południe od Wilanowa żyli własnymi problemami; wspominano o szalejącej przez dwa lata zarazie bydła, która z gminy Wilanów przeniosła się na południe. Odnotowywano, że w Górze Kalwarii zawiązano Towarzystwo Hodowli Kur. Ze zdumieniem zauważono, że koń o imieniu „Rawka”, należący do bogatego włościanina Wojciecha Rawskiego spod Jeziorny, zdobył prestiżową nagrodę w Warszawie. Najczęściej jednak informacje docierały z dużym opóźnieniem albo wcale. Tak było w przypadku pożaru w Czersku: pisano, że według relacji podróżnego tydzień lub dwa wcześniej spłonął tamtejszy dwór wraz z inwentarzem; było to drugie podpalenie, a nie wiadomo, czy sprawcę udało się ująć. Tu warto wspomnieć o innym problemie natury kryminalnej. Do Warszawy z towarem jeździło, jak wspomniano, bezpośrednio niewiele osób. Większość miała problem z brakiem dobrych dróg i z pragmatycznych względów wolała sprzedawać towary pośrednikom. Wyprawa do dużego miasta była stresująca, niczym podróż do innego świata, a na przyjezdnych czyhały niebezpieczeństwa. Włościan zwożących towary do miasta zwano w złodziejskiej gwarze „biedronami”. Na rogatkach czyhały szajki porokorzy, którzy kradli towar z wozów. Wiadomo było, że po sprzedaniu produktów rolnych chłopi udadzą się na targowisko lub do knajpy, gdzie czekali na nich doliniarze. Hołociarze kradli konie, podczas gdy ich właściciele pili w knajpie. A wypić, według relacji, lubili sporo. Bezpośrednia sprzedaż byłaby jednak bardziej opłacalna, ponieważ większość włościan z odległych wsi Urzecza nie miała pojęcia, jak wysokie ceny osiągały w Warszawie warzywa i owoce. Dwie dekady później, gdy kolejka wilanowska skomunikowała z miastem lewobrzeżne Urzecze, mieszkańcy Warszawy narzekali, że zwiększyła się liczba przybyszy sprzedających produkty rolne, a mieszkanki nadwiślańskich wsi odkryły, jakie mogą dyktować ceny, i nastała drożyzna.

Wydarzeniem szeroko relacjonowanym w prasie w czasie akcji „Lalki” była wielka powódź. Jak wiemy, charakterystyczną cechą Urzecza były tereny zalewowe. Coroczne lub okresowe wylewy Wisły stanowiły zagrożenie, ale jednocześnie nanosiły żyzny muł. W lutym 1879 roku przydarzyła się jednak jedna z największych powodzi w historii Urzecza. Zator lodowy sięgający od Gassów po Okrzeszyn sprawił, że Wisła przelała się przez wały, zalewając tereny ówczesnych gmin Wilanów i Jeziorna oraz przerywając część obwałowania. Pod wodą znalazły się między innymi Gassy, Łęg, Piaski, Zieleniec, Czernidła, Opacz, Habdzin i Habdzinek. Straty były gigantyczne: woda zabrała domy i karczmę w Gassach, zniszczony został zasiewek, utonął inwentarz, a wsie zostały odcięte od świata. Pomiędzy wsiami kursowały łodzie, bo nie było innego sposobu, by się do nich dostać. Powołano komitety pomocowe, którym w gminie Jeziorna przewodził Ludwik Rossman z Bielawy, a w gminie Wilanów tamtejszy wójt. (Nieco więcej o ówczesnej powodzi można przeczytać w tekstach publikowanych w przeszłości na portalu – Wielka Powódź, Wielka Powódź 2 i Po powodzi). Tak potężna powódź zdarzała się raz na pół wieku i pozostała w pamięci mieszkańców na długo.

Świat opisany powyżej zaczął odchodzić w przeszłość właśnie w dobie „Lalki”, bo wówczas już powoli pukała do drzwi nadwiślańskich wsi nowoczesność. W 1877 r. uruchomiono Kolej Nadwiślańską, która łączyła Kowel z Mławą. Choć na lewym brzegu nie było jeszcze kolejki wilanowskiej, na Urzecze zaczynało docierać to, co miało je wkrótce zmienić na dobre – wilegiatura. W 1878 r. był to przede wszystkim rejon wsi, pól, lasów, majątków ziemskich i terenów nadrzecznych. Warszawa coraz intensywniej wykorzystywała jednak okolice Wisły jako miejsce rekreacji. W 1878 r. powstało Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie. Jego pierwsza przystań znajdowała się przy Bednarskiej. Wkrótce zaczęto urządzać doroczne zawody, sięgające aż do Kępy Oborskiej. Czas akcji „Lalki” – przede wszystkim lata 1878–1879 – jest więc bardzo interesującym momentem. Stary świat Urzecza nadal funkcjonował, ale zaczynały już docierać do niego nowe zjawiska: kolej, żegluga parowa, rozwój Warszawy i pierwsza moda na podmiejski wypoczynek. Zjawisko to, zwane wilegiaturą, początkowo objawiało się wycieczkami za miasto. Głównym ich celem była „urocza” wieś Wilanów, gdzie Potoccy udostępniali publiczności jako muzeum część pałacu i park; w latach 70. odsunięto od pałacu główną drogę w obecne miejsce, aby udrożnić narastający ruch. W czasach „Lalki” do Wilanowa jeździły konne omnibusy, które z powodzeniem rozwijał w mieście prezydent Starynkiewicz. Wkrótce wyszły poza miasto, łącząc z Warszawą podwarszawskie wsie, takie jak Mokotów czy Wierzbno. Przybywały nimi w dni wolne i słoneczne setki osób – „amatorzy wycieczek pozamiejskich nawet po Wilanów sięgających”.
Wraz z wycieczkami zaczęła się rozwijać wilegiatura i poszukiwanie miejsc wypoczynku poza miastem. W latach 1877–1879 oferowano już do wynajmu mieszkania w Powsinie, w tym samym okresie dom wypoczynkowy wybudował Ludwik Rossman, co stanowić miało zapowiedź przyszłych letnisk. Wkrótce włościanie mieli odkryć, że mogą wynajmować letnikom swoje chaty. Michał Elwiro Andriolli w 1880 r. zamieszkał nad Świdrem i rozpoczął budowę domów letniskowych w swojej posiadłości Brzegi. Jednocześnie to właśnie kolej nadwiślańska, a nie sama moda na wypoczynek, stała się jednym z głównych czynników narodzin podwarszawskich letnisk. Zahamowała rozwój Karczewa, ale przyspieszyła wzrost osad przy stacjach w Otwocku, Józefowie i Celestynowie. W następnej dekadzie miały powstać letniska linii otwockiej, a w kolejnej – papiernia w Jeziornie zmieniła się w nowoczesny zakład, powstała kolej wilanowska i letniska nad Jeziorką. Wszystko to zmieniło całkowicie dotychczasowy świat Urzecza, gdy wkroczyła na niego modernizacja. Wsie zaczęły zaopatrywać letniska, podpatrując nowoczesność, a wykluczenie komunikacyjne przepadło. Zanikać zaczęły obyczaje, a stroje wilanowskie zastępowano garniturami i sukniami.

I to czyni Urzecze z czasów „Lalki” bardzo ciekawym miejscem. Tradycyjny świat nadwiślański jeszcze istnieje, ale zaczyna się już epoka, która w ciągu następnych 20–30 lat całkowicie zmieni jego charakter.
fotografie pochodzą ze zbiorów Cyfrowego Muzeum Narodowego w Warszawie. Treść oparto na aktach podworskich, gazetach warszawskich z lat 1878-79 oraz dotychczasowych publikacjach dotyczących Urzecza.

Redaktor naczelny portalu, z wykształcenia historyk, absolwent Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Rodzinnie związany od wielu pokoleń z Nadwiślańskim Urzeczem, badacz regionu i dziejów lokalnych, autor publikacji oraz artykułów w tym zakresie.
