Roman Dworakowski – ostatni zegarmistrz Konstancina-Jeziorny

Szyld. Fot. Przegląd Piaseczyński

Szyld. Fot. Przegląd Piaseczyński

Są takie miejsca, które pachną nie tylko drewnem, metalem i olejkiem do mechanizmów. One pachną pamięcią.

Kiedy wchodziło się do zakładu zegarmistrzowskiego pana Romana Dworakowskiego w Jeziornie, miało się wrażenie, że czas naprawdę się tam zatrzymał — ale tylko po to, by za chwilę znów ruszyć, wprawiony w ruch jego spokojną dłonią. Wśród tykania, dzwonienia, cichych szmerów wahadeł i delikatnego stukotu narzędzi krył się nie tylko warsztat. Kryło się całe życie.

Pan Roman był z tym miejscem związany od 1983 roku, ale w zawodzie pracował od pół wieku. I choć sam mówi, że został zegarmistrzem trochę przez przypadek, trudno dziś uwierzyć, że mogło być inaczej. Bo kiedy opowiada o zegarach, słychać, że to nie tylko praca. To pasja, wiedza, cierpliwość i wielka czułość wobec rzeczy, które dla innych bywają tylko przedmiotami.

A przecież do Pana Romana trafiały nie byle jakie zegary i zegarki.

Były nowoczesne zegarki kwarcowe, które przez lata wyparły dawne mechanizmy. Były także zegarki elektroniczne, z którymi również trzeba było nauczyć się pracować, gdy świat zaczął się zmieniać szybciej niż dawniej. Ale prawdziwa magia zaczynała się wtedy, gdy na jego stół trafiały stare czasomierze — te z duszą, z historią, z pięknem zapisanym w każdym detalu.

Pan Roman wspomina, że szczególnym uznaniem wśród mężczyzn cieszą się dziś zegarki mechaniczne automatyczne — samonakręcające się, eleganckie, cenione za kunszt i klasę. To nie są zwykłe przedmioty. To małe dzieła sztuki, których wartość potrafi sięgać od półtora tysiąca złotych aż do kilkudziesięciu, a nawet ponad dwustu tysięcy. Dla kobiet — jak z uśmiechem zauważa — ważniejsze bywają błysk, lekkość i forma, dlatego częściej wybierają modele kwarcowe, bateryjne, bardziej ozdobne.

Ale w jego opowieści najpiękniejsze są te egzemplarze wyjątkowe.

Fot. TVN Warszawa

Do jego rąk trafił kiedyś przedwojenny Patek Philippe — zegarek kieszonkowy, bardzo skomplikowany, zamknięty w złotej kopercie, z piękną grawerką, kunsztownie zdobiony. Mówi o nim z prawdziwym wzruszeniem. To nie był po prostu drogi zegarek. To był okaz. Coś pięknego. Coś, co przywraca wiarę w dawną precyzję, elegancję i klasę.

Bywały też inne cenne marki — Rolexy, Patki — zegarki, które przetrwały wojnę, zmiany ustrojów, całe ludzkie losy. Trafiały do niego przedmioty, które dla jednych miały wartość materialną, ale dla innych były po prostu częścią rodzinnej historii.

Pan Roman naprawiał nie tylko małe zegarki noszone na ręce. Jeździł także do domów, gdy w grę wchodziły wielkie zegary szafowe, stojące, ciężkie, dostojne, których nie sposób przynieść do warsztatu. Wtedy demontował mechanizm, zabierał go do siebie, naprawiał, a potem wracał, by znów ustawić wszystko na miejscu i przywrócić rytm domowi, który bez tego tykania jakby tracił część siebie.

W jego pracowni pojawiały się także prawdziwe cuda dawnych epok.

Stał tam kareciak — elegancki zegar z szybkami z każdej strony, delikatny, kunsztowny, mechaniczny, sprężynowy. Był drewniaczek — stary zegar, którego obudowa wykonana jest z drewna, a tylko najbardziej pracujące części wzmocniono metalowymi tulejkami. Były także zegary z XIX wieku, egzemplarze starsze, cięższe, bardziej wymagające, czasem niekompletne, bez wahadła, bez wskazówek, wymagające nie tylko naprawy, ale niemal ocalenia. Dla Pana Romana nie stanowiły problemu. To było wyzwanie. To rozmowa z historią.

I właśnie tak on pracował — nie tylko naprawiał, ale słuchał.

Mówi, że zegary mają duszę. Że można rozpoznać po dźwięku, kiedy „chorują”. Że każdy z nich mówi dzień dobry po swojemu. W tych słowach nie ma przesady. Jest prawda człowieka, który spędził życie pośród mechanizmów i nauczył się słyszeć więcej niż inni.

Przez ten mały zakład przewinęło się też wielu niezwykłych klientów. Pan Roman z właściwą sobie skromnością nie zdradza zbyt wiele, ale między słowami odsłania świat, który przez lata przewijał się przez jego drzwi. Bywali u niego ludzie z telewizji, lekarze, księża, osoby z rządu, ludzie dobrze sytuowani, kolekcjonerzy, właściciele wyjątkowych zegarów i zegarków. Przywozili do niego cenne mechanizmy, rodzinne pamiątki, kolekcje, rzeczy rzadkie i delikatne. I wszyscy — bez względu na stanowisko czy majątek — przychodzili z tym samym: z nadzieją, że Pan Roman pomoże.

To chyba najpiękniejsze.

Fot. TVN Warszawa

Bo w jego zakładzie wszyscy byli równi wobec czasu.

Ten, kto przynosił prosty budzik, i ten, kto oddawał w jego ręce drogocenny zegarek znanej marki. Ten, kto przynosił zwykły mechanizm do regulacji, i ten, kto ratował zabytkowy zegar pamiętający inne stulecie. Każdy zostawiał u niego kawałek swojej historii.

A on przez pół wieku te historie cierpliwie zbierał.

W świecie pośpiechu, wymieniania rzeczy na nowe, wyrzucania zamiast naprawy, Pan Roman pozostał wierny temu, co najcenniejsze: precyzji, uczciwej pracy i szacunkowi do rzeczy, które trwają.

Dlatego kiedy dziś myślimy o panu Romanie Dworakowskim, nie widzimy tylko zegarmistrza.

Widzimy strażnika czasu. Człowieka, który potrafił ożywić kareciaka, pochylić się nad drewniaczkiem z XIX wieku, zachwycić się przedwojennym Patkiem, naprawić zegar szafowy u klienta w domu i z jednakową uwagą przyjąć zwykłego mieszkańca, lekarza, księdza czy człowieka z telewizji.

Widzimy człowieka, który nie tylko naprawiał zegarki. On naprawiał ciągłość. Łączył przeszłość z teraźniejszością. Ocalał od zapomnienia rzeczy małe i wielkie.

I może właśnie dlatego jego warsztat jest czymś więcej niż zakładem usługowym.

To miejsce, w którym czas nie ucieka. To miejsce, w którym czas się szanuje.

Panie Romanie — dziękujemy za każdą wskazówkę, którą przywrócił Pan do życia. Za każdy mechanizm, który znów zaczął bić. Za każdą historię, której nie pozwolił Pan zamilknąć.

Bo dzięki takim ludziom nasze miasto ma nie tylko swoją przeszłość. Ma także swoje serce.

Prezent od mieszkańców wręczony p. Romanowi na uroczystości pożeganania

Pod koniec kwietnia pan Roman Dworakowski po 50 latach pracy, zakończył swoją działalność i przeszedł na emeryturę. Wydarzenie odbiło się szerokim echem nie tylko w tutejszej społeczności, gdy zakończył pracę ostatni zegarmistrz gminny, pisały o nim również warszawskie media.

Spokojnego wypoczynku na zasłużonej emeryturze.


Zachęcamy do obejrzenia wywiadu wspomnienieniowego nagranego z udziałem p. Romana w grudniu 2025 r.

Wspomnienia: Rozmowa z Romanem Dworakowskim


Prezentujemy także zdjęcia ze zbiorów rodzinnych p. Romana, na których znajdują się żona Anna, syn Przemysław z żoną Arlettą i wnuczka Marcelina. córka Mariola z mężem Andrzejem( nie żyje) wnuczki Paulina i Justyna, ponadto znajdują się tam zdjęcia z kolegami zegarmistrzami, zdjęcia rodzinne i ze spotkań koleżeńskich.