Życie codzienne i rozrywkowe w PRL

Jak żyło się w latach pięćdziesiątych XX wieku w Konstancinie opisuje Franciszek Gamulczak. Wspomina, że gdy przybył do Konstancina w 1954 roku, najpierw tułał się po wynajmowanych stancjach, a potem dostał przydział pokoju w bardzo już wówczas zdewastowanym pensjonacie „Poranek” na ul. Kraszewskiego, który należał do STOCERU. Omal tam nie postradał życia, bowiem nie tylko, że było to lokum bez ogrzewania i bieżącej wody ale też poważnie zapluskwione. Chcąc się pozbyć uciążliwych współlokatorów Gamulczyk nabył popularny wówczas środek owadobójczy „Azotox”, posypał nim szpary w których kryły się pluskwy, i położył się spać zamykając szczelnie okna, bo była zima. Rano ledwie się obudził, miał torsje i zawroty głowy, objawy ciężkiego zatrucia. Tylko pluskwy w dobrym zdrowiu przeżyły ten eksperyment. O insektach powszechnych w powojennym, ubogim życiu wspomina też Julian Henisz, dzieciom dokuczały szczególnie wszy: na tę dolegliwość higienistka, pani Białobłocka „zalecała częste mycie głów z dodatkiem jakiegoś specyfiku oraz częste wyczesywanie włosów gęstymi grzebieniami”. Innym zagrożeniem był powszechny wówczas grzyb domowy. Do roku 1956 istniał nawet oficjalny urząd „rządowego pełnomocnika do walki z grzybem domowym”. Nad jego zniesieniem ubolewała na łamach tygodnika „Świat” Maria Olbrycht opisująca tragiczny los dziecięcych rekonwalescentów z warszawskiego szpitala na ulicy Litewskiej ulokowanych w willi „Kaprys” przy ulicy Batorego.

Mali pacjenci oddziału dziecięcego w willi Kaprys (1956 r., zbiory Adama Zyszczyka)

Wkrótce jednak życie wszystko zaczęło się normować i ulepszać. Ludzie adaptowali się w nowej rzeczywistości i układali sobie życie. Jego poziom zresztą powoli wzrastał, w 1952 roku zniesiono kartki na większość podstawowych produktów żywnościowych. Rozpoczęto budowę bloków mieszkalnych i każdy miał pracę a nawet – rzecz dziś niepojęta – zobowiązany był prawnie do jej świadczenia. Powojenna ludność Konstancina, w większości wiejskiego pochodzenia, nie kontestowała ludowej władzy, uznawała ją za swoją a swą energię zużywała głównie na pozyskanie oferowanych przez nią apanaży czyli przydziałów mieszkaniowych, dóbr koncesjonowanych, darmowych wczasów itp. Dlatego życie codzienne w Konstancinie po 1956 roku jest pasmem pracy, świąt rodzinnych, religijnych i kościelnych, wyjazdów do ośrodka wczasowego Zakładów Papierniczych w Łebie i Wildze, wypadów na ryby i grzyby.

Wyścig kolarski w Jeziornie (zbiory Zdzisławy Kłoszewskiej)

Wyścig kolarski w Jeziornie (zbiory Zdzisławy Kłoszewskiej)

W tej szczęśliwej monotonii codziennego życia bez wojen i niszczycielskich kataklizmów zdarzały się też wydarzenia, które rozbijały jednolity przepływ czasu do dziś tkwiące w pamięci coraz bardziej już sędziwych mieszkańców Konstancina. Wielu pamięta na przykład Wyścig Pokoju którego jeden z etapów przebiegał w latach sześćdziesiątych przez Jeziornę. Zachowały się też z tego czasu fotografie ukazujące licznych gapiów zgromadzonych w Jeziornie u zbiegu ul. Warszawskiej i Skolimowskiej oczekujących na przejazd zawodników. Ich stroje wskazują, że wyścig rozgrywał się w latach sześćdziesiątych. Zanotowałem też dwa wspomnienia mieszkańców pamiętających tamte odległe już czasy. Pierwsze młodej wówczas pracownicy papierni, Elżbiety Bogdan (ur. 1939) córki bojownika AK Stanisława Gajewskiego ps. „Czarny” (poległ w czerwcu 1944), mającej później z tego powodu jako „niepewna politycznie”, problemy z awansem w pracy i uzyskaniem przydziału na pracownicze mieszkanie. Zapamiętała ona dwóch zawodników wyglądających na Hindusów, którzy w Jeziornie zeskoczyli z rowerów przed kioskiem z napojami i lekceważąc współzawodnictwo sportowe, długo i smacznie raczyli się chłodną lemoniadą przyjaźnie uśmiechając się do zdumionych kibiców. Drugi jest wspomnieniem młodego wówczas chłopaka z Klarysewa, miłośnika kolarstwa, który obserwował wyścig z siodełka własnego roweru. Nie wiadomo jakiej klasy był to pojazd, ale zapewne nie najwyższej biorąc pod uwagę ówczesną ofertę handlową w tym zakresie. Zapewne być może była to toporna choć solidna radziecka „Ukraina”. Nie był to jednak też rower najgorszy, skoro zdesperowany polski zawodnik, którego wyścigowy „Jaguar” rozsypał się na trasie, zdołał na nim dojechać do mety dotrzymując tempa w peletonie! Zdumionemu chłopakowi pozostawił swój uszkodzony pojazd wołając na pożegnanie aby zjawił się w Warszawie po odbiór własnego roweru. Jak głosi opowieść zadowolony z pomyślnego zakończenia wyścigu zawodnik ofiarował chłopakowi uszkodzony rower, który po naprawie stał się pierwszą kolarską „wyścigówką” w Konstancinie.

Ważnym wydarzeniem w dorocznym kołowrocie pospolitych dni był też pochód pierwszomajowy, symbol robotniczego charakteru państwa i komunistycznych ideałów partii. Dla większości społeczeństwa udział w nim był obowiązkowy a władze znajdowały dość argumentów aby do niego zachęcać i karać tych, którzy od niego stronili. W Konstancinie trasa pochodu z czasem się ustaliła i wiodła z dzisiejszego Placu Zgody przez Jeziorną i Konstancin na Plac Sportowy. W pamięci młodych wówczas „przymusowych” uczestników zachowało się wiele anegdot, np. o fortelach umożliwiających w odpowiedniej chwili zniknięcie z oczu nadzorującego pochód wychowawcy i po skryciu w zaroślach, oddawaniu się mniej oficjalnym uciechom, np. spożywaniu owocowego wina. Albo o sposobie pozbywania się szturmówek i transparentów po zakończeniu pochodu bez uciążliwego odnoszenia ich do szkolnej kancelarii na ulicy Zgody, a później do nowo wybudowanego szkolnego gmachu przy ul. Mirkowskiej po drugiej stronie Jeziorki.

fb-share-icon0

Może ci się także spodobać...