Mikrohistorie. Opowieści o ludziach i miejscach (4)

Nad Jeziorką w Mirkowie

Dawno i nieprawda temu, w czasach między dwiema wojnami, między Amelinem a Mirkowem w kierunku Jeziorki rozciągał się pastewnik, na którym pasły się jeziorańskie krowy, gdzie znajdowało się gromadzkie pastwisko, po prawej stronie rzeki. Rozległe i często zalewane ciągnęło się od Jeziorny aż do osady fabrycznej. Choć osadę oddzielał od podmokłych łąk rów, czasem zdarzało się, że krowy go przeskakiwały i nim pastuchowie je przegonili, skubały kwiaty pod domostwami osady. Na łące bydło i konie pozostawiały łajno, a w tamtych czas przed jedną i drugą wojną miejscowi chłopcy doskonale wiedzieli co z nim zrobić. Do pustych puszek z grubego metalu, które dziurawiono po bokach i od spodu, wkładano wyschnięte krowie placki, po czym podpalano i machano wokół. Wówczas leciał z nich dym, a ucieszeni kilkulatkowie, wśród których zdarzały się i mirkowskie dziewczynki, potrafili w ten sposób przykryć w dymie do wieczora całe pastwisko. A gdy zaczynały zapadać ciemności rzucano nimi w górę, a niebo pokrywały iskry płonących dymiarek, które nim upadły, pozostawiały niezapomniany widok.

Na brzegu rosła wierzba, którą nadłamał niegdyś jeden z chłopców, Kazio Włodarski, gdy skoczył na konar, z którego chciał rozhuśtawszy się wskoczyć do wody. Zwano ją „złamańcem” i tam uczono się pływania, bowiem dno było tu piaszczyste. Robiono z sitowia pływaki, które wiązano sznurkiem i kładziono pod brzuchem czy pod piersią, po czym pływano na nich tak jak my czynimy to obecnie na materacu. Zimą Jeziorka zamarzała, można było ślizgać się na lodzie na rozlewisku. Lecz to nie było miasto, gdzie można było kupić łyżwy, ślizgano się na niewielkich sankach, które robiono własnoręcznie. Płozy okuwano metalowym drutem, szlifowano je, dzięki czemu saneczki niosły dalej. Stawano na nich i odpychano się kijem zakończonym gwoździem lub drutem. Dopiero w 1935 roku usypano na tym odcinku wały i wybudowano most kolejowy, prowadzący do Fabryki Papieru. Z wału można było wreszcie zjeżdżać, lecz w ten sposób także po regulacji rzeki brzeg zdziczał i nie można było się już kąpać. A w roku 1931 pojawiły się wśród dzieci robotników pierwsze łyżwy.

Wcześniej jednak nie wytrzymał zdaje się jednak Edward Natanson, bowiem tuż nieopodal miejsca kąpieli znajdował się jego maliniak, do którego zawsze wpadały dzieci i zjadały mu owoce. Wreszcie postanowił otoczyć go murem, podobnie jak resztę posiadłości i w latach dwudziestych pan Piątkowski i kilku robotników ustawiło go nieopodal miejsca kąpieli, budując tam także wysoki słup. I nawet po latach gdy o Natansonie dawno już mało kto pamiętał, za murem wciąż były najlepsze owoce. Chodziło się tam w latach osiemdziesiątych, do sadów, a pan Wyganowski spuszczał czasem psy, przed którymi trzeba było uciekać. Przed osadą mur skręcał w kierunku kanału. Zamykał w ten sposób prostokąt, chroniąc posiadłość właścicieli. Na starej, samotnej, wiekowej topoli, przy której mur zakręcał, od zawsze było bocianie gniazdo. Dlatego pierwszy dwupiętrowy dom w Mirkowie nazywał się „bocieniec”, jak mówiono był najstarszym domem w Mirkowskiej osadzie. Obok niego postawiono murowany szalet dla robotników, w mieszkaniach bowiem tamtej ery nie było toalet.

Nad Jeziorką łowiono oczywiście także ryby, wędki robiono samemu, haczyki kupowano w jeziorańskich sklepikach, często u żydowskiego handlarza Mojsze Kozy lub u pana Pęczkowskiego w Jeziorne. Jednak najlepsze ryby wyławiano nie w rzece, a w kanale, z mostku nieopodal kościoła. Ojcowie uczyli swych synów jak łapać na robaki i chleb, a ci później łapali ryby sami. Robaki wykopywano rzecz jasna na pastewniku, który zryty był licznymi dołami, bowiem w Mirkowie łowiono często. Najczęściej z kanału wyciągano raki, które chwytały przynęty, z rzadka karpie i jazgarze. O tych połowach napisać można i całe epopeje, gdy chłopcy pociągani byli przez karpie do wody, wyrywając im wędki i uciekając na środek stawu.

Czasy się zmieniły, dziś nie ma już raków, a w miejscu gdzie niegdyś łowiono ryby można pouprawiać sporty wodne, pojawiła się także tabliczka zakaz wędkowania.


W tekście wykorzystano zdjęcia ze zbiorów rodzinnych Justyny Góreckiej i Macieja Łaby upublicznione przez nich za pośrednictwem strony Konstancin-Jeziorna. Historia, Ludzie, Architektura.

Może ci się również spodobać...