– Pierwszą łódkę zrobiłem jak miałem dziewięć lat. Ojciec schował nam wszystkie narzędzia, więc musieliśmy używać kamieni. Raczej pływać to ta łódka by nie mogła, ale zabawa była świetna.
Ta opowieść Pawła Kondeja ze Skurczy koło Wilgi zostaje mi w głowie. Przypominam sobie jak ja miałem dziewięć lat. Nieco dalej w dół rzeki na przeciwległym brzegu z wypiekami na twarzy biegałem za dziadkiem do „wiraszek”, czyli tradycyjnych wiklinowych pułapek na ryby. Łączy nasz jedno – bez Wisełki ciężko wyobrazić sobie świat.
Urzecze potrafi zawrócić w głowie. Kiedy Towarzystwo Opieki nad Zabytkami w Czersku wydawało książkę „Na Łużycu” doktora Łukasza Maurycego Stanaszka o Urzeczu wiedzieli tylko najstarsi mieszkańcy terenów nadwiślańskich. Teraz to już uznana marka, która umacnia swoją pozycję. Ja sam zakochany w terenach nadwiślańskich nie zdawałem sobie sprawy jaki skarb skrywa ziemia moich przodków. Najciekawsze chyba jednak jest to, że wiele jeszcze jest do odkrycia i każdy miesiąc przynosi nowe informacje. Poznawanie tradycyjnych szkutników jest jedną z nich.

Do Celejowa wybrałem się w sobotnie popołudnie. Z Tomkiem Ficem spotkaliśmy się w miejscu, gdzie powstawała ich ostatnia łódź. Za warsztatem szkutniczym widać stare koryto rzeki Wilgi, na brzegu stoją łodzie.
– Mamy długie deski, jest grubościówka, trochę tych narzędzi mamy. W szopie schną krzywulce na wręgi, chodź pokażę. – zachęca Tomek.
Podskórnie czuję nadwiślański klimat, który znam od najmłodszych lat. Jak tylko mam wolną chwilę jadę nad Wisłę, żeby tropić ślady dawnego Urzecza – drewnianych łodzi, wiklinowych koszyków, czy starych narzędzi. Cieszę się, że wpadłem na ślad lokalnych szkutników. Poznałem już kilka osób, które pływają drewniakami w okolicy, jeden nawet sam zrobił łódź, ale to raczej jednostkowe przypadki. Szukam kontaktów, zależy mi na integracji i promowaniu prawdziwych – z krwi i kości ludzi rzeki. Ambicją naszego lokalnego środowiska jest zgromadzenie jak największej ilości takich osób na imprezie „Wianki na Urzeczu” w Czersku, którą co roku organizujemy w czerwcu w ramach Towarzystwa Opieki nad Zabytkami. Docelowo tacy zapaleńcy być może znajdą przyjazne miejsce w Czersku w Muzeum Szkuty i Urzecza.
Tomek opowiada jak z bratem Sylwestrem chodzili do szkoły do Góry Kalwarii, zna więc dobrze moją stronę Wisły. Wspólnie robią łodzie.

– Brat mieszka w Piotrowicach, ale najlepiej jak pojedziemy od razu do Pawła, on tyle tych łodzi już zrobił, bardzo to kocha. Na moje pytania o lokalnych szkutników – Nowackiego, czy Ejneberga mówi że Paweł będzie wiedział. Jedziemy więc dalej na południe.
Dotarcie na miejsce nie jest łatwe, bo wiele dróg w okolicy jest aktualne pozamykanych. Docierając do miasteczka Wilgi przejeżdżamy koło dużego tartaku. Tomek zastanawia się, czy mają długie deski, bo te które używają teraz nie pozwalają na to żeby zrobić naprawdę dużą łódź. Mijamy Wilgę i kierujemy się na Skurczę. Na miejscu od razu rzucają mi się w oczy wiosła oparte o „wierzeje” stodoły, jest ich kilka – różnych długości i kształtów. Od razu widać, że gospodarz interesuje się łodziami i Wisłą.
– Ile ich zrobiłem? Nie wiem dokładnie, ale dużo. Jeszcze więcej ich naprawiłem. Kilku ludzi w okolicy jeszcze pływa po Wisełce drewniakami.

Rozmawiamy z Pawłem o okolicznych szkutnikach, tych aktualnych, ale też dawnych.
– Z młodych to po mnie już chyba nikt łodzi robić nie będzie. Nowackiego znałem, o Ejnebergu słyszałem. Ale ja się od nikogo nie uczyłem. Sam podpatrywałem konstrukcje i próbowałem. – Mówi.
Gawęda schodzi na tematy sposobu pływania po rzece, oglądamy okucia „pychów”. Ale nie widzieliśmy jeszcze samych łodzi, czas ruszyć nad wodę. Zaraz za gospodarstwem widać ziemię, która zna wylewy wiślane. Moje przypuszczenia potwierdza gospodarz. Część trasy pokonujemy po wąskich deskach tworzących mini pomosty. Docieramy nad Wisłę. Piękna jak zawsze. Widać też trzy łodzie przy brzegu. Wszystkie zrobił Paweł. Na Brzegu leży jeszcze kilka, niektóre mają po kilkanaście lat. Pozostały niemal same szkielety.
– Bobry trochę podgryzają mi te łodzie, zobacz ile tutaj wygryzły – Faktycznie na dziobie widać sporej wielkości ubytek. Kto by pomyślał, że nawet sztabka, która zwieńczy dziób łodzi może być ich przysmakiem. –
Na samym końcu stoi zacumowana łódź zrobiona przez Maksymiliana Nowackiego z Wólki Gruszczyńskiej. W ramach TOnZ Czersk udało nam się pozyskać egzemplarz, który pływał po jeziorze Piwonińskim na Urzeczu. Marzy się nam, żeby była eksponatem w przyszłym Muzeum Szkuty i Urzecza w Czersku. Pokazuję zdjęcie naszej łodzi. Młody szkutnik docenia kunszt poprzednika.
– Bardzo ładna. Ja to kocham to robić. W szkole z kolegą w ławce to tylko łodzie rysowaliśmy.

Sugeruję chłopakom, że tacy zapaleńcy jak oni są aktualnie bardzo poszukiwani. Prawdziwi spadkobiercy dawnych ludzi Wisły, mający fach w ręku i prawdę w oczach. Zainteresowanie Urzeczem rośnie. Rejsy tradycyjnymi łodziami w Warszawie stają się coraz większą atrakcją. Z każdym rokiem przybywa „drewna” na Wiśle. Festiwale opiewające kulturę Urzecza gromadzą tłumy uczestników. Nie brakuje warsztatów dla zainteresowanych wyszywaniem, czy wycinanką. Nad wodą omawiamy jeszcze schemat budowy „lejtaka” z jeziora Czerskiego jaki został uwieczniony na słynnym zdjęciu Zamku w Czersku z początku XX wieku. Paweł zastanawia się jak szczegółami. Takiej łodzi to jeszcze nie robiłem, ale chętnie spróbuję. Na koniec namawiam jeszcze raz na wizytę na imprezie w Czersku. Powoli czas wracać do domu.
– To co będziecie chłopaki dwudziestego czerwca w Czersku na Wiankach? – Pytam.
– Postaramy się, termin zapisany, ale jeszcze potwierdzimy. –
Mocno trzymam kciuki, żeby się udało. Rozmowa bezpośrednia, na żywa to w dzisiejszych czasach coraz większy luksus. Porozmawiać z rzemieślnikiem o swojej wymarzonej łodzi, a w przyszłości ją zrobić to jest coś niezwykłego. Jeśli jednak wystarczy Wam rozmowa telefoniczna to zostawiam kontakt do Pawła: Paweł Kondej – 600-600-197
Chłopaki mają nawet jedną nową pychówkę na sprzedaż, więc śmiało można dzwonić.
Rozstajemy się z Pawłem i rusza w drogę powrotną. Zahaczamy jeszcze o Wólkę Gruszczyńską, bo Tomek obiecał pokazać, gdzie mieszka rodzina Maksymiliana Nowackiego. Być może zachowały się jeszcze jakieś pamiątki po dawnym szkutniku. Ale to już temat na kolejną nadwiślańską wyprawę…

członek TONZ w Czersku, łurzycok z dziada i pradziada, rekonstruktor tradycji Urzecza, twórca i prowadzący projektu Kuchnia Urzecza
