14.01.1984, fot. Anna M. Brzezińska, zbiory Zdzisława Skroka
Kilkanaście dni temu upubliczniono informację, iż swą działalność kończy sklep „Na rogu”, znajdujący się obecnie u zbiegu ulic Szpitalnej, Granicznej i Przebieg, w pawilonie wybudowanym w 2016 roku. Uprzednio sklep działał praktycznie w tym samym miejscu, w willi „Granke”, którą obecnie zajmuje Muzeum „La Fleur”. Powyższe stało się okazją zebrania wspomnień o sklepie, choć nie udało się odtworzyć od jak dawna tam funkcjonował, na pewno było to jeszcze przez I wojną światową, gdyż pod tynkiem widoczne były po latach napisy cyrylicą. We wnętrzu znajdowała się drewniana podłoga pamiętająca czasy powstania willi. Z zebranych wspomnień udało się ustalić, iż od lat 60. do 80. XX wieku sklep prowadziła jako ajentka p. Jadwiga Skała. W 1989 roku prowadzić zaczął go na własny rachunek w willi p. Jarosław Siwka, robiąc to nawet gdy z willi wyprowadzono komunalnych lokatorów, gdyż jej stan groził zawaleniem. Ostatnie naprawy wykonywał na własny rachunek. W 2015 roku w związku z zakupieniem willi od właściciela przez twórcę Muzeum „La Fleur” przeprowadził się na pobliski skwer do specjalnie wybudowanego w tym celu pawilonu, w którym dotychczasowa działalność dobiegnie końca 30 listopada 2025 roku.
Przez lata sklep funkcjonował jako najbliższy dla pacjentów STOCERu, zwłaszcza po likwidacji „zieleniaka” na terenie STOCERu od strony Wierzejewskiego. Poniżej zamieszczamy tekst o sklepie autorstwa Wojciecha Guszkowskiego, oraz wspomnienia zebrane w ostatnich dniach. Galeria zdjęć znajdująca się na końcu zawiera rozmaite zdjęcia zarówno willi „Granke”, jak i działającego tam sklepu i jego wnętrza, w tym wykorzystane jako ilustracja niniejszego tekstu. (Red)
O samej willi „Granke” poczytać można TUTAJ.

Zamknięcie sklepu „Na rogu” to koniec pewnej epoki w życiu Konstancina-Jeziorny. Dla wielu mieszkańców był to nie tylko punkt handlowy, ale miejsce spotkań, rozmów, wspomnień i lokalnego kolorytu. Sklep, prowadzony przez Jarka Siwkę, powstał w czasach, gdy prywatna inicjatywa dopiero się odradzała po przełomowym roku 1989. Wówczas odwaga, pomysłowość i przedsiębiorczość nie były jeszcze codziennością – Jarek należał do tych, którzy uwierzyli, że można stworzyć coś swojego, dla ludzi i z serca. W 1999 roku przejął prowadzenie sklepu po poprzednim ajencie.
Mieścił się w dawnej willii Granke, budynku z historią, który dzięki sklepikowi tętnił życiem. „Na rogu” był miejscem wyjątkowym – spożywczo-przemysłowym w najlepszym, dawnym stylu. Kto pamięta sklepy z szyldem „Mydło i powidło”, ten wie, że można tam było znaleźć dosłownie wszystko: od agrafek po wędliny, od baterii po konfitury. Ale największą dumą sklepu były swojskie wyroby z prywatnej masarni – wędliny, które ściągały klientów z całego miasta i okolic. Ich zapach unosił się w powietrzu jeszcze długo po wyjściu z budynku, a smak – pozostawał w pamięci.

Najbardziej legendarna była jednak specjalność dla wtajemniczonych – „Fiut”, czarny salceson w cienkim flaku. Gdy ktoś po raz pierwszy słyszał tę nazwę, nieodmiennie padało pytanie:
– Co to jest?
Na co Jarek z uśmiechem odpowiadał:
– Fiut! Co takiego? Fiut!
I już po chwili pół sklepu śmiało się z żartobliwego tonu właściciela.
Bo właśnie Jarek Siwka był duszą tego miejsca – człowiek serdeczny, z dystansem, obdarzony wyjątkowym poczuciem humoru. Wiedział, jak rozbawić klientów, doradzić, wysłuchać. Dla wielu był nie tylko sprzedawcą, ale znajomym, sąsiadem, przyjacielem. Zawsze pogodny, zawsze gotów pomóc. W prowadzeniu sklepu wspierała go Marlena, ekspedientka o ciepłym uśmiechu, którą klienci darzyli równie dużą sympatią. Razem tworzyli duet, który sprawiał, że zakupy w „Na rogu” były czymś więcej niż codziennym obowiązkiem – były przyjemnością.
Dziś, gdy drzwi sklepu się zamykają, w sercach mieszkańców zostaje żal i pustka. Bo „Na rogu” to nie tylko miejsce sprzedaży – to kawałek historii Konstancina, symbol lokalnej przedsiębiorczości i ludzkiej pasji. To przestrzeń, w której nowoczesność spotykała się z tradycją, a handel miał ludzką twarz.

Zamknięcie sklepu to wielka strata dla naszego miasta. Strata zapachu świeżych wędlin, smaku dzieciństwa, dźwięku śmiechu Jarka zza lady. Ale przede wszystkim – strata atmosfery, której nie da się odtworzyć w żadnym supermarkecie.
Na zawsze pozostanie w naszej pamięci ten zakątek Konstancina, „Na rogu” – sklep z duszą, sercem i humorem.
Wojciech Guszkowski
——————————————————————————————
Wspomnienia zebrane w listopadzie 2025 roku za pośrednictwem mediów społecznościowych:
Irena Cejba: „Sięgam pamięcią do lat sześćdziesiątych, kiedy mówiło się, że idziemy do sklepu na Brzozowej. Szpitalna, to nazwa późniejsza. Nazwa pojawiła się gdy połączono sąsiadujące z Konstancinem miejscowości i zaistniała potrzeba uporządkowania zmiany nazw ulic, które się powtarzały. Wymyślono Szpitalną – bo blisko szpitala. W tym samym czasie mniej więcej czasie zmieniono m. in. nazwę ulicy Słowackiego w Konstancinie na ul. Wierzejewskiego – przy STOCERZE”.
Maria Bremer „Dla nas ten sklep od dzieciństwa nazywał się Na Brzozowej. (I tak nazywamy do dziś przeniesiony do pawilonu) Pamiętam, że w dzieciństwie kupowaliśmy tam cukierki „Kamyczki” taką dawną wersję m&m’s”

Katarzyna Wojnarowska „Sklepik prowadziła Pani Jadzia Skała. Jej Syn – rocznik 1966 chodził ze mną do przedszkola na Wojewódzkiej, a potem do szkoły. Tez na Wojewódzkiej. Od wieku 4.5 roku chodziłam tam z plastikowym koszyczkiem na zakupy. Mama pisała karteczkę. Pamiętam, że było tam wszystko: od chleba przez nabiał, cukierki proszkowe-miętówki, alko i papierosy. A nawet owoce sezonowe! Pamiętam, że kiedyś kupiłam tam białe czereśnie. Sklepik odwiedzałam od 1972 do końca działalności, ponieważ mieszkałam na Szpitalnej, a potem odwiedzałam tam Babcię Zawsze milo z Panią Jadzią rozmawiałyśmy”
Andrzej Doromiejczuk: „Pani Jadzia prowadziła ten sklep do lat 80,gdzie były alpagi i syfony, śledzie z beczki,marmolada krojona z bloku i proszek ixi, czyli mydło i powidło. Sklep ” na Brzozowej”, ” u Pani Jadzi „… Nazwa ulicy dawno wykreślona,a jednak pozostała w pamięci wielu ludzi.Wspomnienie dzieciństwa.Zmieszanych zapachów śledzi w beczce,proszku ixi, kiełbasy,landrynków,marmolady w bloku,wędzonych śledzi i szarego mydla… Drewniane skrzynki z oranżadą z Jeziorny, syfonami .Zakupy zawijane w szary papier(luksus) ,lub gazetę wkładane do żyłkowej siatki”
Malgorzata Bujańczyk: „Pamiętam panią Jadzie ze sklepu … tam się wychowałam …lata 60-70. tam dorastałam .u pani Jadzi było mleko nalewane do bańki, później butelkowe srebrne i złote za resztę z rachunku zawsze dostawałam cukierki mleczne groszki na wagę…cudowne czasy…
Monika Pujdak-Brzezinka: „Pamiętam jak w latach 70. babcia wysyłała mnie tam z bańką po kapustę kiszoną”

Beata Baukrowicz: „Moi dziadkowie (Helena i Zygmunt Sibilscy) mieszkali w willi Jutrzenka czyli po drugiej stronie ulicy Granicznej. Często nocowałam u Dziadków i pamiętam jak Babcia rano chodziła do tego sklepu po świeże bułeczki i rogale. To pieczywo miało taki wspanialy smak i zapach, który pamiętam do dziś. Był to czas po 1958 roku, lata sześćdziesiąte. Piękne wspomnienia. Dzisiaj widok willi Jutrzenka dołuje mnie bardzo. Obok w willi mieszkali ” Liliputki” (z pełnym szacunkiem) przyjaciele mojej Babci, piekli pyszne makowce na święta”.
Paweł Adam „Jak byliśmy nastolatkami w sklepie tym zaopatrywaliśmy sie z ferajną w tanie winka papierochy i cherbatniczki petit boure zs 2,10 zł. Winko wówczas 17 fajki SPORT 3zł. Obok były chaszcze w parku gdzie następowała konsumpcja i rozrywka przy radiu tranzystorowym KOLIBER”.
Kamila Kennedy „A mój dziadek przez lata dostarczał tam wyroby cukiernicze Biedronka”

Ania Miętusiewicz „Ten sklep to całe moje dzieciństwo . Najpierw z babcią potem z rodzicami , z bratem i samodzielnie robiłam tam zakupy. Pamiętam mleko nalewane do baniek, kolejkę po żywe karpie przed Świętami . Mieszkałam na ulicy Przebieg czyli bardzo blisko . Nawet mój pies , Kuba jak tylko udało mu się uciec z naszej posesji zakradał się na zaplecze sklepu i wybiegał z pętem kaszanki w pysku . Ostatnie lata to ‘sklep u Jarka’ bardzo ważne miejsce dla moich dzieci kiedy odwiedzaliśmy dziadków . Szkoda, że go już nie będzie”.
Marta Kralewska-Ciastoń: „To najczęściej przeze mnie odwiedzany sklep w Skolimowie. W dzieciństwie rowerem po minidropsy landrynkowe i pudrowe oraz Mazowszankę. W dorosłości, z dziećmi po przekąski i napoje. Bez tego dla dzieci spacer się nie liczył. Wtedy, gdy sklep był w starej willi, miałam duszę na ramieniu wchodząc do sklepiku, bo nad głową miałam balkon, którego resztki smętnie zwisały nad samymi drzwiami. Nigdy nic nie spadło, ale emocje były… Ucieszyłam się, kiedy sklep się przeniósł do nowego pawilonu. Ostatnie lata najczęściej wpadam podczas spacerów z psami. Obowiązkowa przerwka na trasie dom – tężnia. Na lody, napoje i po jaja. Będzie brakować tego miejsca, z wielu powodów”
Małgorzata Radziszewska A ileż pacjentów Stocer wychodziło tam po zakupy? – był to swego rodzaju inny świat…
Ewa Kacprowicz: „bo to najbliżej po zakazane papieroski wyskoczyć było”
