Uzdrowisko Konstancin 1978

Na początku wakacji 1978 roku tygodnik „Stolica” wita czytelników zdjęciem pierwszego Polaka w komosie, który właśnie od kilku dni znajduje się w kosmosie, orbitując nad Ziemią. Fotografię jego wraz z Piotrem Klimukiem wykonano przed startem. W numerze ponadto artykuł o budowie nowoczesnego budynku pełnego nowinek technicznych powstającego na Polu Mokotowskim dla Biblioteki Narodowej. Prócz nich krótkie tekstu o Warszawie, jak zawsze patriotyczne wzmianki i artykuły o bohaterach II wojny światowej. W zakładach Totolotka można wygrać wczasy w Złotych Piaskach w Bułgarii. Prócz tego reportaż z Konstancina, który kilka lat wcześniej stał się uzdrowiskiem, jedynym w okolicach Warszawy. Autorka wybiera się na plac budowy tężni, drugiej w Polsce po Ciechocinku, ruszając w drogę w jedyny możliwy sposób czyli autobusem PKS, bowiem brak jest komunikacji miejskiej. Ta zostanie uruchomiona dopiero z końcem sierpnia tego roku, a autobus linii 210 zacznie dojeżdżać do STOCERu. Wszystko to jednak na razie przyszłość, organizowane od kilku lat uzdrowisko mierzy się z problemami życia codziennego w PRL. I o tym traktuje poniższy reportaż, bo większość planów nie zostanie zrealizowanych, jak osiedle „Pod Skarpą”, trolejbus do Konstancina, zalew czy likwidacja kina „Beata”.

————————————-

„Stolica” nr 27 (1593), 2 lipca 1978 r.

Stołeczne uzdrowisko Konstancin

Dla mnie Konstancin zaczyna się na dworcu PKS Mokotów przy ul. Puławskiej. Na stanowisku trzecim stoi od rana do wieczora kolejka, wśród której łatwo rozpoznać kto miejscowy a kto z Konstancina-Jeziorny. Warszawiacy przestępują z nogi na nogę, biegają do informacji gdy autobusu długo nie widać. Spokój zachowują stali pasażerowie tej linii, przyzwyczajenie, czy może cecha charakteru kształtowana przez przyrodę a więc spokojniejsza?

Sześć złotych bilet, około pół godziny jazdy na stojąco z kimś na plecach i jest się w samym sercu Konstancina przy ul. Sienkiewicza. W prawo nowy chodnik prowadzi do tężni. Słowiki śpiewają, pachnie sosną, przez drzewa przebija lustro wody, chciałoby się nogi zanurzyć, ręce obmyć. Nie przyciąga ta rzeka, a i kąpiel zabroniona. Tężnia ruszy w ostatnich dniach lipca, mamy nadzieję, że będzie oddana wraz z uporządkowanym otoczeniem. Jedno co już zrobiono i to bardzo dobrze, zamknięto wjazd do parku. Trzeba jednak gdzieś wybudować parking, bowiem tężnia budzi poważne zainteresowanie warszawiaków. Choć daleko jej wzrostem do ciechocińskiej, ma zaledwie 6,5 m, ale składem mineralnym solanki są sobie równe. Zbudowali ją z bali sosnowych łączonych kołkami dębowymi górale ze Szczawnicy. Tężnię należy uznać za pierwszą inwestycję, która potwierdza, że Konstancin jest uzdrowiskiem. A prawa uzdrowiska nabył w 1972 roku.

Klimat ma Konstancin zbliżony do warszawskiego, umiarkowany, zasadniczo jednak różny pod względem stopnia czystości powietrza. Nawiewa tutaj bogate w tlen powietrze z Lasów Kabackich i Chojnowskich w których dominuje sosna i dąb. Duże nasłonecznienie, bogate źródła solankowe i torfy lecznicze zdecydowały o wyborze Konstancina na uzdrowisko warszawskie. Niebagatelną wartością jest także piękny krajobraz mazowiecki. Choć klimat tego regionu sprawdził się na wielu pokoleniach stałych mieszkańców i na letnikach. Zakład Klimatologii UW prowadzi pomiary i badania warunków bioklimatycznych.

Za tężnią, w parterowym pawilonie znajduje się Przychodnia Zdrojowa. Wnętrze dostosowane do rodzaju usług jakie świadczy: maty, wyciągi do ćwiczeń ruchowych, inhalatory, kabiny do masażu. Pacjentem może zostać każdy. Kto przedłoży kartę informacyjną od swojego lekarza. Stałych pacjentów dostarcza Biuro Turystyczne „Syrena”, które organizuje wczasy lecznicze dla ludzi otyłych. Ponieważ możliwości Przychodni są większe, zaproponowała warszawskim zakładom pracy rehabilitację dzienną, bez noclegu. Pierwszy zgłosił się Główny Urząd Telekomunikacji. Panie są zadowolone -chudną, czują się lżejsze, sprawniejsze. Zakład pracy przywozi je i po dwugodzinnych zabiegach leczniczych oraz treningach na ścieżce zdrowia – odwozi do Warszawy. Opodal Przychodni stoi wymyślny dom z czerwonej cegły zwany „Szwedzkim” – urządzono w nim stołówkę Na tym centralnym placu uzdrowiskowym stoi jeszcze kino „Beata” o nieco ponurej prezencji oraz baraki, które są bazą i magazynami różnych firm.

Chodząc uliczkami Konstancina, z dala należy wypatrywać czy nie jedzie samochód, nie z obawy przed piractwem, lecz kurzem Na niektórych ulicach np. Źródlanej pył jest czarny. Spojrzenie na drogę wszystko wyjaśnia; posypana jest żużlem, który ścierając się na proszek przy podmuchu unosi się w górę. Boczną ulicą Mierzejewskiego dochodzi się do Stołecznego Centrum Rehabilitacji Narządów Ruchu królestwa prof. Mariana Weissa, któremu Konstancin zawdzięcza krajową i międzynarodową popularność. Jakże tu się zmieniło. Chwasty po kolana, domy poszarzałe, rudery czekają na rozebranie, płot dziurawy, sterty węgla, skrzyń. Jedynie aleja od frontu ukwiecona. Przy parku pawilon baru „Express serwuje kaszankę, kurczaki, chłodne napoje. Po lewej stronie al. Zjednoczenia (obecnie Piłsudskiego – PK) dalszy ciąg ulicy Sienkiewicza zabudowany secesyjnymi willami, każda inna, charakteryzuje upodobania właścicieli i epokę, w której powstawała. Na rogu dom Żeromskiego, nieco dalej zdobny drewniak literatów, w następnych domach już coś się dzieje, świeże tynki bieleją na tle intensywnej zieleni. Dawny trakt kolejki wilanowskiej wysadzany starymi drzewami przykryto płytą chodnikową i powstała piękna spacerowa aleja, szkoda że bez ławek, w ogóle mało ich w Konstancinie. Trakt spacerowy przecina główna ulica Konstancina, dość ruchliwa, a przy niej wiata PKS pomarańczowo-czerwonego koloru, budka telefoniczna. Kiosk Ruchu oraz pawilon o profilu warzywnym bynajmniej nie delikatesowym. W takim handlu trudno o czystość i miłe zapachy. Lokalizacja tym bardziej dziwi, że domów mieszkalnych tu mało. Nieco dalej, pod numerem 21 sklep ogólno-spożywczy 9 (Pod Dębem – PK). Robi wrażenie jakby czas na nim zatrzymał się na latach trzydziestych, tylko towar na półkach nieco inny. Jest swojsko i sympatycznie.

Plan zagospodarowania przestrzennego Stołecznego Uzdrowiska Konstancin powstał w 1976 roku, miesiąc temu został zatwierdzony. Główny autor mgr inż. arch. Zbigniew Juzala, gdy przystępował do jego opracowania miał mgliste pojęcie o Konstancinie, dziś pokochał to miasto jak swoje. Uczucie doceniono i zaproponowano mu funkcję architekta miejskiego. Teraz musi dopilnować wykonania tego, co sam zaprojektował. Poniósł już pierwszą porażkę przy barze „Express”, który wyszedł tandetnie. Pocieszam architekta, że jest tam przynajmniej czysto, a to już wiele. Następny projekt pawilonu gastronomicznego ma trudniejsze przejście. Jeszcze trudniej powstaje przedszkole. Inż. Juzala jako warszawiak docenia wartość każdego drzewa i broni uparcie 19 sosen, które trzeba by ściąć stawiając przedszkole w miejscu wygodniejszym dla miejscowej władzy. Stworzona przez architekta wizja Konstancina przewiduje tu całkiem inne miasto, zachowując jednak jego rozproszony kameralny charakter. Nie będzie skomasowanych wielkich kompleksów leczniczych, choć liczba stacjonarnych miejsc wzrośnie z tysiąca do siedmiu tysięcy. Zakłady Przyrodo-Lecznicze będą zdolne do przyjęcia codziennie 5000 osób przyjeżdżających. Główne dyscypliny medyczne to. reumatologia, choroby układu krążenia, endokrynologia, metabolizm, choroby narządu ruchu, laryngologia. Konstancin nie będzie miejscem dla niedzielnych wywczasów z kocem na zieloną trawkę, nie można dopuścić do zadeptania tego pięknego miasta – mówi twardo inż. Juzala.

Ponad 80% ziemi konstancińsko-jeziorańskiej znajduje się w posiadaniu prywatnych właścicieli i wieczystych dzierżawców. Omijanie tych działek w projektowaniu graniczyło z ekwilibrystyką i mimo całego szacunku do tych ziem, jednak 15% trzeba przeznaczyć pod nowe obiekty. Największym zespołem mieszkalnym będzie osiedle „Pod Skarpą” dla 4000 mieszkańców, w którym 30% zabudowy zajmą domki jednorodzinne, pozostałe będą dwu- i trzypiętrowe, jednak zupełnie inne niż w osiedlu „Grapa”, które nie zdobi miasta. Reszta zabudowy mieszkalnej ma mieć charakter willowy, co należy do tradycji Konstancina. Jednak projekt jest kłopotliwy, bo teraz moda na budowanie się i szczelne izolowanie, a architekt wymyślił prywatne wille jako pensjonaty, które wliczono w ogólną bazę łóżkową uzdrowiska

Władza lokalna rozgląda się za mecenasami, bowiem urealnienie tego planu przy braku własnych możliwości budowlanych i finansowych należy raczej do dziedzin sztuki. Usługi lecznicze dla Warszawy są ważną sprawą, ale miejscowi nie od macochy. Miasto ma prawie 100 kilometrów ulic i tylko jedną trzecią o utwardzonej nawierzchni. Aby wybudować osiedle „Pod Skarpą” trzeba przejść przez nieprzyjemny ceremoniał wywłaszczeń, przekwaterowań. Proponowana przez architekta lokalizacja przedszkola też wymaga wywłaszczeń, a teren z sosnami jest państwowy i naczelnikowi łatwiej nim dysponować (istniejące do niedawna przedszkole przy ul. Wareckiej – PK). Potrzebne są także budynki rotacyjne by zacząć wreszcie remonty domów państwowych i prywatnych. Na razie więcej jest wyburzeń niż budowy nowego: ubywa sklepów, mieszkań. Nie ma baru mlecznego, pijalni wód mineralnych i bardzo wielu usług. Brakuje lekarzy rejonowych o podstawowych specjalnościach. Gdy trafia się ktoś chętny do pracy domaga się mieszkania. Niektórzy skłaniają się do sfinansowania budowy domku. ale kto ma go wykonać i z czego? Konstancin korzysta z usług Rejonowego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Piasecznie, które nie wywiązuje się ze zleceń A ile można zdziałać czynami społecznymi? Ławki w parku, trawniki. Ulica Warszawska jest w połowie efektem prac społecznych.

Trzeba doprowadzić gaz. wybudować kotłownię, nowe ujęcie wody, niezbędny jest kolektor, aby ścieki nie szły wprost do rzeki. I tak już wielu posesjom zablokowano ten system. Rzeki Jeziorka i Mała mogłyby spełniać walory rekreacyjne, gdyby nadawały się do kąpieli, lecz uzyskały ostatnią z możliwych III klasę czystości. Największy sojusznik miasta, Fabryka Papierów rozbudowuje własną oczyszczalnię ścieków. Ładny i kosztowny ten gest przyniesie czyściejszą wodę Warszawie, nie na wiele jednak zda się Konstancinowi. Góra Kalwaria oraz Piaseczno są głównymi trucicielami tych rzek i tam są niezbędne nowe oczyszczalnie.

Miasto ma sporo domów znakomicie nadających się na domy pracy twórczej, sanatoria, ale w każdym z nich jest kilku lokatorów. Kto kupi taki kłopot? ZAIKS buduje nowy dom pracy twórczej, na pochwałę zasługuje Ministerstwo Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego, które remontuje trzy budynki przy ul. Sienkiewicza. Nabyły tu wille Huta Warszawa, FSO, miasto liczyło na współprace z tak możnymi zakładami, a one przy swoim nic nie robią. Także Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej nie dostrzega społecznej roli Konstancina. Ustalono, iż pierwszym etapem budowy uzdrowiska będzie zespół lecznictwa areozolowego. w skład którego wejdzie tężnia, przychodnia oraz sanatorium w budynku „szwedzkim” i w budynku kina „Beata”, które ulegnie likwidacji. Chęć budowy własnych sanatoriów zgłosiły jedynie: Ministerstwo Rolnictwa oraz Związek Zawodowy Metalowców. Do pierwszego etapu należy włączyć również komunikację, by przybliżyć mieszkańcom Warszawy Stołeczne Uzdrowisko Konstancin. Mówi się wprawdzie o trolejbusie o dalszym ciągu Wisłostrady i nowej obwodnicy, ale to odległe plany, a już teraz potrzebny jest czerwony autobus i to z centrum miasta, może z nowego parkingu przy Dworcu Centralnym.

Słońce było jeszcze wysoko, gdy w drodze powrotnej znalazłam się na przystanku PKS przy osiedlu „Grapa”. Jeden za drugim mknęły samochody z Warszawy – niektóre wrócą jeszcze dziś wieczorem, inne rano, ale nie ma zwyczaju podwożenia -informowali miejscowi. Autobusu nie było 40 minut, najbardziej niepokoiła się pani w zaawansowanej ciąży, która śpieszyła do Warszawy na wizytę lekarską. Przyjechał w międzyczasie PKS, lecz tylko do Wilanowa i nie radzono mi wsiadać-tam chuliganeria. lepiej u nas poczekać.

BARBARA UBYSZ

2 thoughts on “Uzdrowisko Konstancin 1978

  1. Dodam tylko komentarz do ostatniego akapitu nt. obyczaju podwożenia. Po sprowadzeniu się ponad 17 lat temu do Konstancina (Skolimów-Wieś), z rozpędu przez ponad rok dojeżdżałem autem. Widząc tłumek na pobliskim przystanku regularnie się zatrzymywałem i proponowałem podwózkę. Nikt nie reagował, chyba wychodziłem na dziwaka. Po którymś tam razie pewna sąsiadka odważyła się i stała się moim stałym pasażerem (dość regularnym). Nikt inny nie reflektował. Zatem obyczaj podwożenia powinien być obustronny.

    Później sam się przesiadłem na autobus i zacząłem machać, bo co mi szkodzi. Rzeczywiście – nikt nigdy się nie zatrzymał.

    Pozdrawiam

    1. Podwożenie było popularne na pewno jeszcze w początkach lat 90., bo autobusy jeździły wtedy czasem co 40 minut. Stopa najczęściej nam jako uczniom jeżdzącym do Warszawy zdarzało się łapać w Wilanowie i był to czas, gdy podwozili nas „nowi” mieszkańcy Konstancina jak np. p. Niezabitowska. W drugą stronę też zdarzało się łapać stopa gdy autobus uciekł. Zwyczaj chyba zanikł pod koniec XX wieku, ostatni raz pamiętam, że jechałem na ślub chyba w 1999 roku i uciekł mi autobus. Na przystanku w Jeziornie był drugi gość w garniturze, który też jechał na ślub, ale inny. Osoba, która nas podwoziła nie wierzyła, że się nie znamy 🙂